Jak Victoria tak słuchała Fleur to… odnosiła wrażenie, że akurat ta kobieta wcale nie chce ich okłamać. Przyszło jej do głowy, że ona faktycznie sądziła, że zabiła swojego męża. Może rzeczywiście doszło pomiędzy nimi do kłótni i rękoczynów, może rzeczywiście złapała za coś, co miała pod ręką i zdzieliła męża. Że padł od tego i tak został znaleziony, dlatego przyszła się przyznać – całkowicie szczerze i w dobrych intencjach. Prawdę mówiąc, to Lestrange poczuła do kobiety pewien szacunek, bazując na tym co właśnie przyszło jej do głowy. Opowieść pani Beauharnais również była spójna i miała sens, w przeciwieństwie do gadania służki i córki.
Victoria po prostu wpatrywała się w kobietę, gdy padło z jej ust stwierdzenie, że rozumie, że to jego podejrzewają. Ani ona ani Brenna nie musiały nic mówić, do kobiety chyba też powoli zaczynało to docierać – że zadawały tyle pytań i że nie kłamały, kiedy Brenna poinformowała ją, że nie sądzą, by któraś z nich zabiła jej męża, z nią na czele. Musiał być okropnym mężczyzną, tak, skoro tyle osób chciało wziąć na siebie winę, ale… Ale siedzieć za cos, czego się nie zrobiło – raczej nie było warto?
Zanotowała sobie informacje o tym całym Henrim, a później przelotnie spojrzała na Brennę.
– Mówiłyśmy całkowicie szczerze, pani Beauharnais. Naprawdę nie uważamy, że zrobiła to pani, albo pani córka, służąca, ani siostra – z tą siostrą to nie była taka pewna… Ale póki co wszystko się spinało. Zazwyczaj zabójca znajdował się w pierwszym tomie akt… I Henri Duboise również się w nim znajdzie. – Nie neguję tego, że faktycznie pokłóciła się pani z mężem. Że puściły pani nerwy i że go pani uderzyła. Ale… – Victoria skrzywiła się lekko i westchnęła, po czym na dłużej przeniosła spojrzenie na swoją towarzyszkę. – Póki co nie mam więcej pytań – chyba nie musiała dodawać, że muszą znaleźć i przepytać Duboise?