23.06.2024, 00:44 ✶
Mnie komary nie kąsały. Omijały, jak gdybym był dla nich niczym. Pewna, cóż, drobna zaleta bycia wampirem, żywym trupem. Ogólnie trochę się tych zalet zbierało, ale wciąż w ostatecznym rozrachunku nie poprawiało mi to humoru, szczególnie że byłem świeżo po karmieniu się na Kimi. Spała sobie słodko, bezpieczna. Zażyła eliksir i zasnęła, a ja wymknąłem się, nie potrafiąc patrzeć na jej bladą skórę, a szczególnie na dwa charakterystyczne zranienia na jej skórze. To było takie... pyszne. Złe i pyszne.
Teraz siedziałem samotnie na murku, wpatrując się w wodę Tamizy, światła, które odbijała. Jadłem kanapkę, ale bez przekonania. Kiedyś z naszą ekipą potrafiliśmy całe dnie szlajać się po Londynie, by ostatecznie znużonymi siadać tu i patrzeć, i jeść, bo w brzuchach burczało, i pić, bo się piło dla zabawy... I zmęczenie ani głód nie był w stanie zabrać nam energii. Wciąż się świetnie bawiliśmy w swoim towarzystwie. I słońce wtedy świeciło, ogrzewało przez ostatnie chwile nasze twarze, a potem powoli znikało... i przylatywały te komary, tak.
Tak, teraz miałem potężny niedosyt tych doznań z przeszłości. Wcale nie miałem nie wiem ilu lat. Wciąż byłem młody, właściwie miałem już na zawsze pozostać młodym, ale... tak wiele mnie omijało zabawy i planów, planów i zabawy. Miałem wrażenie, że więziłem Kimi przy sobie, ale jednocześnie potrzebowałem jej. Była chyba jedynym łącznikiem mojej osoby z dawnym życiem, ze światłem, z beztroską. Przy niej mogłem czasami się zapomnieć, że umarłem, ale miało to swoją drugą stronę medalu. Przeze mnie sama nie podróżowała. Tylko praca i dom.
Otuliłem się skrzętniej kurtką, jakby było mi zimno. Nic z tych rzeczy. Było mi nawet ciepło, o ile faktycznie coś czułem. Czasami miałem wrażenie, że to wszystko sobie wymyślam, że nie dzieje się naprawdę, a jednak... los sobie ze mnie kpił, mieszając w to również osoby trzecie.
Powiało, a wraz z powiewem poczułem znajomy zapach. Nie miałem wyczulonego zmysłu węchu, bynajmniej nie bardziej niż zwykle. To było bardziej łowieckie zboczenie. Czerpało się z otoczenia wszystko, więc kiedy tylko powiało zapachem, podniosłem głowę, swój wzrok krzyżując ze wzrokiem Laurenta Prewetta. Nieco mnie zaskoczyła jego obecność w tym miejscu. To raczej nie było miejsce dla paniczów. Czasami znad wody śmierdziało szlamem. I te komary!
Mimo wszystko uśmiechnąłem się nieznacznie i zająłem namiętnie kanapką, która wcale mi nie szła. Nie chciałem jednak zanadto go do siebie zapraszać. Właściwie, to może nieco się obawiałem tego, co mógłby powiedzieć, i jednocześnie byłem ciekawy, czy wszystko w porządku... Bo słyszałem o tej Perle, że on tam był. Może właśnie przez jego nazwisko mój wzrok przykuł ten artykuł...? Od jakiegoś czasu nie przepadałem za wodą. Ciekawe właśnie, od jakiego czasu... pewnego incydentu z półselkie...?
Kiedy się odezwał, ponownie na niego spojrzałem i znowu te nasze oczy się spotkały. Jak gdyby to był znak od losu, że dwie przeklęte przez życie jednostki miały przed sobą wspólną drogę...? Heh.. Teraz to sobie popłynąłem. Wampir i półselkie... Nikt nawet nie był tak popierdolony, żeby umieścić w książce podobnych bohaterów, więc zmieszany wzruszyłem ramionami. Pewnie bym się zaczerwienił, gdybym mógł?
- Chciałem rzec coś w stylu, że daj ty spokój, nic z tych rzeczy... Ale ten twój śpiew jest taki... taki intensywny, że nie mógłbym za siebie ręczyć - przyznałem nieco rozbawiony, nieco z żalem. Opuściłem wzrok by schować kanapkę do torby, zająć ponownie czymś siebie. Meh. Nawet nie chciałem na nią zwracać jego uwagi, bo to było po prostu żałosne. - Nie jestem pewien, czy ci o tym wspominałem, ale czasami mi się śni. Ten śpiew... Jest niemalże równie... mocny. Widzisz, jak fatalnie śpiewasz?! Człowiek nie może tego z głowy wyrzucić! - wyznałem i zaraz zażartowałem, faktycznie się uśmiechając. Nie chciałem żeby uznał, że to naprawdę mnie tak głęboko dotykało. Jednocześnie zdałem sobie po fakcie sprawę z tego co robię, więc teraz obawiałem się, czy go nie uraziłem tym żartem... Raczej wiedział, że świetnie śpiewał. Ba!, miał to we krwi. To było nawet coś więcej niż śpiew. Czysta magia. Nie zamierzałem się jednak tak rozwijać głośno na ten temat.
Wziąłem głęboki wdech, tak przy okazji bardziej czując te znajome perfumy, po czym wypuściłem powoli powietrze.
- Wybacz... Jestem nieco rozchwiany, bo... piłem... i mam euforię zmieszaną z wyrzutami sumienia - odezwałem się po drobnej chwili, stawiając ostatecznie na szczerość. Ustaliłem już przecież, że bycie wampirem było jednak gorsze od bycia półselkie.
Teraz siedziałem samotnie na murku, wpatrując się w wodę Tamizy, światła, które odbijała. Jadłem kanapkę, ale bez przekonania. Kiedyś z naszą ekipą potrafiliśmy całe dnie szlajać się po Londynie, by ostatecznie znużonymi siadać tu i patrzeć, i jeść, bo w brzuchach burczało, i pić, bo się piło dla zabawy... I zmęczenie ani głód nie był w stanie zabrać nam energii. Wciąż się świetnie bawiliśmy w swoim towarzystwie. I słońce wtedy świeciło, ogrzewało przez ostatnie chwile nasze twarze, a potem powoli znikało... i przylatywały te komary, tak.
Tak, teraz miałem potężny niedosyt tych doznań z przeszłości. Wcale nie miałem nie wiem ilu lat. Wciąż byłem młody, właściwie miałem już na zawsze pozostać młodym, ale... tak wiele mnie omijało zabawy i planów, planów i zabawy. Miałem wrażenie, że więziłem Kimi przy sobie, ale jednocześnie potrzebowałem jej. Była chyba jedynym łącznikiem mojej osoby z dawnym życiem, ze światłem, z beztroską. Przy niej mogłem czasami się zapomnieć, że umarłem, ale miało to swoją drugą stronę medalu. Przeze mnie sama nie podróżowała. Tylko praca i dom.
Otuliłem się skrzętniej kurtką, jakby było mi zimno. Nic z tych rzeczy. Było mi nawet ciepło, o ile faktycznie coś czułem. Czasami miałem wrażenie, że to wszystko sobie wymyślam, że nie dzieje się naprawdę, a jednak... los sobie ze mnie kpił, mieszając w to również osoby trzecie.
Powiało, a wraz z powiewem poczułem znajomy zapach. Nie miałem wyczulonego zmysłu węchu, bynajmniej nie bardziej niż zwykle. To było bardziej łowieckie zboczenie. Czerpało się z otoczenia wszystko, więc kiedy tylko powiało zapachem, podniosłem głowę, swój wzrok krzyżując ze wzrokiem Laurenta Prewetta. Nieco mnie zaskoczyła jego obecność w tym miejscu. To raczej nie było miejsce dla paniczów. Czasami znad wody śmierdziało szlamem. I te komary!
Mimo wszystko uśmiechnąłem się nieznacznie i zająłem namiętnie kanapką, która wcale mi nie szła. Nie chciałem jednak zanadto go do siebie zapraszać. Właściwie, to może nieco się obawiałem tego, co mógłby powiedzieć, i jednocześnie byłem ciekawy, czy wszystko w porządku... Bo słyszałem o tej Perle, że on tam był. Może właśnie przez jego nazwisko mój wzrok przykuł ten artykuł...? Od jakiegoś czasu nie przepadałem za wodą. Ciekawe właśnie, od jakiego czasu... pewnego incydentu z półselkie...?
Kiedy się odezwał, ponownie na niego spojrzałem i znowu te nasze oczy się spotkały. Jak gdyby to był znak od losu, że dwie przeklęte przez życie jednostki miały przed sobą wspólną drogę...? Heh.. Teraz to sobie popłynąłem. Wampir i półselkie... Nikt nawet nie był tak popierdolony, żeby umieścić w książce podobnych bohaterów, więc zmieszany wzruszyłem ramionami. Pewnie bym się zaczerwienił, gdybym mógł?
- Chciałem rzec coś w stylu, że daj ty spokój, nic z tych rzeczy... Ale ten twój śpiew jest taki... taki intensywny, że nie mógłbym za siebie ręczyć - przyznałem nieco rozbawiony, nieco z żalem. Opuściłem wzrok by schować kanapkę do torby, zająć ponownie czymś siebie. Meh. Nawet nie chciałem na nią zwracać jego uwagi, bo to było po prostu żałosne. - Nie jestem pewien, czy ci o tym wspominałem, ale czasami mi się śni. Ten śpiew... Jest niemalże równie... mocny. Widzisz, jak fatalnie śpiewasz?! Człowiek nie może tego z głowy wyrzucić! - wyznałem i zaraz zażartowałem, faktycznie się uśmiechając. Nie chciałem żeby uznał, że to naprawdę mnie tak głęboko dotykało. Jednocześnie zdałem sobie po fakcie sprawę z tego co robię, więc teraz obawiałem się, czy go nie uraziłem tym żartem... Raczej wiedział, że świetnie śpiewał. Ba!, miał to we krwi. To było nawet coś więcej niż śpiew. Czysta magia. Nie zamierzałem się jednak tak rozwijać głośno na ten temat.
Wziąłem głęboki wdech, tak przy okazji bardziej czując te znajome perfumy, po czym wypuściłem powoli powietrze.
- Wybacz... Jestem nieco rozchwiany, bo... piłem... i mam euforię zmieszaną z wyrzutami sumienia - odezwałem się po drobnej chwili, stawiając ostatecznie na szczerość. Ustaliłem już przecież, że bycie wampirem było jednak gorsze od bycia półselkie.