Niby całe życie była przygotowywana do tego, że nie będzie miała nic do powiedzenia w sprawie swojego zamążpójścia, przyjmowała to z godnością, to, że niewiele ma do powiedzenia, jeśli tylko chce uszczęśliwić swoją rodzinę, a kiedy przyszło co do czego… Nie była szczęśliwa. Jej narzeczony – poznała go tak naprawdę dopiero co, może kojarzyła go ze szkoły, ale nigdy nie zwróciłaby na niego uwagi, a teraz… Był kompletnie nie w jej typie. Może i uroczy i z wyglądu niczego sobie, to czar pryskał, gdy tylko się odezwał. Mamusia to, mamusia tamto. Po dziesiątej takiej mamusi dzisiaj, gdy w końcu zostali sam na sam, Victoria się wyłączyła i przestała słuchać. Albo słuchała, tylko przestało do niej docierać. Myślała tylko o tym, jak bardzo żałuje. Jak bardzo nie da rady… Drake potrafił tańczyć i to była jego jedyna zaleta – a jego zajęciem było chyba jedynie ładne wyglądanie. Gdy teraz została sama i bezwiednie jeździła widelcem po talerzu, myślała tylko o tym, żeby się upić, albo utopić w kieliszku wina, uciec stąd i nigdy nie wrócić. Schować się, może nawet w New Forest, gdzie słychać spokojny szum fal rozbijających się o brzeg. Szum i cichy trzask. Szum i cichy trzask. Szum i cichy trzask. Victoria przymknęła powieki, zatapiając się w tym szumie, wyobrażając sobie siebie stojącą na skraju klifu. Od skoku dzielił ją tylko krok. Szuuum…
Otworzyła oczy. Faktycznie była nad morzem, ale to nie było New Forest. Stała tu, patrzyła w dal, ubrana w mundur aurora, a nie tylko stażysty, spojrzała na swoje dłonie… Było jej zimno, tak dojmująco zimno, aż objęła się rękoma, jakby to miało coś dać. Rzecz jasna nie dało nic. Ciągle patrzyła w dal, ale teraz jej myśli gładko ścisnęły się i wtopiły w gorzką rzeczywistość; patrząc tak na morze, niemalże widziała wynurzony statek–widmo, do którego tydzień wcześniej popłynęli ratować dzieciaki, których tam wcale nie było. Dla Victorii to był trudny dzień, pomijając niestandardowy dzień pracy, wpadanie w czyjś… koszmar, rozgrywanie go na nowo, a potem gonitwę po statku, to i poprzedzającą noc miała krótką i trudną, gdy spędziła jej część w ogrodzie Rookwoodów na tyłach domu. Tamtej nocy nie mogła spać, ciągle rozpamiętywała ten tatuaż niemalże wypalony na skórze Sauriela, w tamtej chwili blady, ledwo widoczny, ale obecny. Jego słowa, brzmiące niemalże jak pożegnanie, rozmowa, która nie była rozmową, nie była czymś, co mieli przegadać, tylko podjęciem decyzji za nich oboje. Wtedy płakała pierwszy raz od bardzo dawna… I dwa dni temu. O bogowie – dwa dni temu Victoria musiała mocno zweryfikować swój pogląd na najgorszy dzień w życiu i zaręczyny z Rosierem spadły z podium już całkowicie. Gorsze było odkrycie jego śmierci, to numer trzeci, wydarzenia z okazji Beltane były drugie i wszystkie jego konsekwencje, a pierwsze… Och próba samobójcza Sauriela. To wszystko było w pannie Lestrange tak świeże, że patrząc w to cholerne morze, wcale nie czuła spokoju, tylko bardziej ścisnęło jej się serce. Czuła się okropnie. Ledwie wczoraj płakała w ramiona Laurenta, a dzisiaj… Starała się wziąć w garść, ale to było bliższe po prostu funkcjonowaniu, niż życiu. I teraz aż ją zakuło to wszystko, głośniej wzięła oddech, płytko, nie głęboko i poczuła coś mokrego na policzku. Aż musiała odetchnąć przez usta i uniosła dłoń, by palcem przejechać pod kością policzkową, łapiąc tę zagubioną łzę.
Na moment nawet zapomniała, że jest w pracy. Zapomniała, że nie jest tutaj sama. Ale na bogów, miała ochotę siedzieć tu, na tym piasku i po prostu ryczeć. Albo rzucić się w tę toń i zniknąć, wyparować jak piana morska, jak syrenka z baśni. Wtedy… Wtedy przynajmniej by już nie bolało.
Nawet nie słyszała, że Cain pożegnał się z tamtymi, że cicho zbliżał się do niej, stawiając nogi na piasku. Ta cała, mizerna fasada, którą starała się trzymać przez cały dzień, teraz po prosty prysła, rozpękła się na miliony odłamków.