Gnidami? Gnidami?! W takim razie chyba nie trzeba geniusza, aby stwierdzić, że dla młodego medyka obcy jawił się jako pospolity prymityw. Nie dość, że go zaatakował, to jeszcze zachowywał się tak, jakby się znali i od dawna prowadzili jakąś wojnę! Kompletne szaleństwo.
— N-nie, nie wiem. Jesteś k-konkretnie skretyniały, typie — odwarknął, celowo używając tego samego słowa co Billy. — Pierwszy raz Cię na oczy w-widzę, a raczej bym zapamiętał k-kogoś, kto tak chętnie j-jebie ludzi na p-prawo i lewo.
Za kogo on go brał? Okej, może Lupin nie zadawał się z najgrzeczniejszym towarzystwem, ale raczej by zapamiętał, gdyby podpadł jakiemuś oprychowi. Chociaż może nie chodziło do końca o niego, a kogoś z jego otoczenia? Charlie nie miał teraz najłatwiej, może to ktoś od tej strony? Cameron pokręcił głową. Teraz to już i tak się nie liczyło. Gdyby wiedział wcześniej, że powinien unikać Kotła, to by się do niego nie zbliżał na kilometr, a teraz? Teraz oberwał i go bolało i... i...
I chuj, nie udało się, pomyślał, gdy zdał sobie sprawę, że próba ataku nie przyniosła oczekiwanych skutku. Jeszcze został wyśmiany. Chłopak już się godził ze swoim losem, gdy niespodziewanie na arenie pojawiła się trzecia postać, jego wybawicielka, jego bohaterka, jedyna w swoim rodzaju dziewczyna, której imienia w ogóle nie znał. Powstrzymała jednak tego idiotę przed kolejnym atakiem, więc momentalnie zyskała u niego kredyt zaufania.
— Z-za przeproszeniem, chuj jeden wie — sarknął bez większego namysłu w kierunku Dio, bo nie wiedział, co innego powiedzieć. Bywał w londyńskich pubach i barach dosyć często, ale pierwszy raz mu się zdarzyło, żeby ktoś ni stąd, ni zowąd wyleciał do niego z łapskami. Dziurawy Kocioł schodził na psy. — W-wpadłem na niego, przeprosiłem, a p-potem mi p-przygrzmocił.
Zmierzył wrogim wzrokiem swojego oprawcę, jednak nim zdążył się do niego odezwać, ten rozpoczął swoją małą tyradę wymierzoną w... przyjaciółkę? Znajomą barmankę? Aha, czyli siostra. Zmrużył oczy, mierząc ich zgłupiałym spojrzeniem spod ciężkich powiek. Jakie zdjęcie? Jaka ona? Kurwa, zaraz się okaże, że pomylił mnie z kochankiem swojej laski, pomyślał, żałując, że jego nogi w ogóle przekroczył próg tego lokalu.
Cameron objął się rękami, krzywiąc się za każdym razem, gdy głos chłopaka stawał się coraz bardziej donośny. Ktoś tu zdecydowanie nie potrafił panować nad emocjami. Nie zamierzając stać jak debil, czekając, aż ta dwójka nieznajomych zdecyduje o jego losie, wtrącił się do rozmowy, zaczynając, uwaga, od małego kłamstwa. Niestety z uwagi na stres, łatwo było poznać, że nie mówi prawdy.
— W-wszystko m-m-miałem p-pod kontrolą — zaczął, przeklinając w myślach wadę wymowy, a następnie zrobił parę kroków w kierunku swojej obrończyni, co by stanąć obok niej — ale d-d-drinka nie odmówię. Z c-całusem t-też m-m-możemy p-pomyśleć, ale t-to raczej w p-policzek l-lub w czoło.
Uśmiechnął się słabo do Dio. Jeśli poczuwała się, aby mu ulżyć w bólu i cierpieniu po spotkaniu z tym furiatem, to powinien jej pozwolić, prawda? Potem wrócił wzrokiem do sprawcy całego tego incydentu, mierząc go nieprzyjemnym wzrokiem. Wyprostował plecy, czując, że ten w każdej chwili może znowu go zaczepić.
— N-nie l-licz ż-że T-tobie p-pozwolę się, kurwa, p-pocałować n-na p-przeprosiny — wycedził powoli, zaciskając usta w wąską linię. Roztrzęsiony i zająknięty głos zdecydowanie nie dodawał mu w tej chwili powagi. — Po chuj, m-mnie w ogóle z-zaatakowałeś?