23.06.2024, 21:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.06.2024, 12:43 przez Vakel Dolohov.)
Dolohov nie chciał tego słyszeć, nie chciał widzieć w głowie tego, co podsuwała mu teraz wyobraźnia - wszystko to działo się mimo jego woli, wbrew jego potrzebie zachowania na twarzy łagodnego uśmiechu, zamiast marszczenia brwi. Musiał skupić bardzo wiele energii na tym, żeby jego twarz nie drgnęła nieznacznie - na jego szczęście nie był wyszukanym kłamcą od wczoraj - udało mu się to, nawet mimo wciąż gotujących się w nim emocji.
Nie skomentował tej opowieści.
- A więc to wybór - podsumował jej wypowiedź. To było dla niego całkowicie zrozumiałe - uczucie ulgi nie kompensowało przecież naruszenia poczucia bezpieczeństwa. Od zawsze uważał, że hipnotyzerzy nosili w swoich wahadłach zbyt wielką moc, aby potrafił im w pełni zaufać. Kilka ruchów kamieniem na żyłce, a człowiek mógł zapomnieć o własnym ojcu, nawet jeżeli byli umówieni na herbatę w najbliższy piątek - czy przed czymś takim dało się w pełni ochronić?
- Skoro można do tego przywyknąć - zaczął, wysłuchawszy jej wywodu - zakładam, że nie masz innych objawów niż wyczerpujące cię zimno. Kapłanka powiedziała ci, że to zadanie dla nekromanty - na jakiej więc podstawie? Ja twierdzę - a z nekromancją może nie był blisko, ale zdecydowanie nie była to dziedzina magii, w której byłby najuboższy w wiedzę - że gdyby to było zadanie dla nekromanty, a brak odpowiedzi zbliżałby cię do śmierci, czułabyś się słabo. To by znaczyło, że Limbo odebrało ci jakąś energię, a to, co odczuwasz, jest efektem jej braku, czyż nie? Tak jak wampiry muszą poić się krwią, żeby uzupełnić braki, tak i ty potrzebowałabyś jakiegoś zastrzyku mocy. Ale ja nie jestem ani nekromantą, ani spirytystą, po prostu lubię gdybać nad nierozwiązywalnymi zagadkami.
Szczególnie udowadniać światu, że stawały się rozwiązywalnymi, kiedy on się za nie zabierał. Lubił być geniuszem. Dokonywać przełomowych odkryć, uwielbiał moment oh, tę sekundę, w której docierałeś do odpowiedzi i wpierw spinały, a później rozluźniały ci się wszystkie mięśnie i dusza. Dla Dolohova to było wręcz sensem istnienia. Był bardzo samotny, odkrywanie zagadek, jakie stawiał przed nim wszechświat, czasami stanowiło jedyną rzecz osadzającą go w tej rzeczywistości, dzięki temu nie czuł się jak oderwany od niej dodatek.
- Czujesz, żeby czegokolwiek ci brakowało?
Kiedy zadawał to pytanie, smukłe palce wróżbity tasowały talię grubych, eleganckich kart, z jakich korzystał. Komu więc zadawał to pytanie - Victorii, której spoglądał teraz w oczy, czy Tarotowi wyjętemu spomiędzy stosu kamieni szlachetnych leżących na pozłacanej paterze?
- Każda kultura, jaką znam, ma swoją własną wizję zaświatów. - Rzucił tę myśl, ale nie rozwinął jej jeszcze.
Nie skomentował tej opowieści.
- A więc to wybór - podsumował jej wypowiedź. To było dla niego całkowicie zrozumiałe - uczucie ulgi nie kompensowało przecież naruszenia poczucia bezpieczeństwa. Od zawsze uważał, że hipnotyzerzy nosili w swoich wahadłach zbyt wielką moc, aby potrafił im w pełni zaufać. Kilka ruchów kamieniem na żyłce, a człowiek mógł zapomnieć o własnym ojcu, nawet jeżeli byli umówieni na herbatę w najbliższy piątek - czy przed czymś takim dało się w pełni ochronić?
- Skoro można do tego przywyknąć - zaczął, wysłuchawszy jej wywodu - zakładam, że nie masz innych objawów niż wyczerpujące cię zimno. Kapłanka powiedziała ci, że to zadanie dla nekromanty - na jakiej więc podstawie? Ja twierdzę - a z nekromancją może nie był blisko, ale zdecydowanie nie była to dziedzina magii, w której byłby najuboższy w wiedzę - że gdyby to było zadanie dla nekromanty, a brak odpowiedzi zbliżałby cię do śmierci, czułabyś się słabo. To by znaczyło, że Limbo odebrało ci jakąś energię, a to, co odczuwasz, jest efektem jej braku, czyż nie? Tak jak wampiry muszą poić się krwią, żeby uzupełnić braki, tak i ty potrzebowałabyś jakiegoś zastrzyku mocy. Ale ja nie jestem ani nekromantą, ani spirytystą, po prostu lubię gdybać nad nierozwiązywalnymi zagadkami.
Szczególnie udowadniać światu, że stawały się rozwiązywalnymi, kiedy on się za nie zabierał. Lubił być geniuszem. Dokonywać przełomowych odkryć, uwielbiał moment oh, tę sekundę, w której docierałeś do odpowiedzi i wpierw spinały, a później rozluźniały ci się wszystkie mięśnie i dusza. Dla Dolohova to było wręcz sensem istnienia. Był bardzo samotny, odkrywanie zagadek, jakie stawiał przed nim wszechświat, czasami stanowiło jedyną rzecz osadzającą go w tej rzeczywistości, dzięki temu nie czuł się jak oderwany od niej dodatek.
- Czujesz, żeby czegokolwiek ci brakowało?
Kiedy zadawał to pytanie, smukłe palce wróżbity tasowały talię grubych, eleganckich kart, z jakich korzystał. Komu więc zadawał to pytanie - Victorii, której spoglądał teraz w oczy, czy Tarotowi wyjętemu spomiędzy stosu kamieni szlachetnych leżących na pozłacanej paterze?
- Każda kultura, jaką znam, ma swoją własną wizję zaświatów. - Rzucił tę myśl, ale nie rozwinął jej jeszcze.
with all due respect, which is none