23.06.2024, 21:58 ✶
Chciałem go nienawidzić, ale chciałem go również kochać. Emocjonalny rollercoaster, z którym jakoś za specjalnie sobie nie radziłem. Co prawda, mógłbym się od tego wszystkiego odciąć, udawać, że wszystko jest w porządku, że nic się nie stało, ale w sercu wciąż miałbym wyrwę, poza tym na dobrą sprawę nie chciałem tego robić. Nie widziałem siebie w podobnym scenariuszu. Nie chciałem o nim myśleć, a co dopiero wprowadzać w życie...
Dlatego tak mnie to wszystko wkurzało, bo niezależnie od tego, ile Flynn by mi krwi napsuł, ile złego przekazał i uczynił, to wciąż go chciałem. Nie wiem, może zostałem przeklęty, może po prostu bylem głupi, ale bardzo mi go brakowało i... prawie mu o tym powiedziałem na weselu, ale jakoś nie wyszło. Przez Lukrecję, która... który wciąż się kręcił w jego otoczeniu. Poprosił go publicznie do tańca, przy mnie!, jak gdybym był niczym powietrze... I zrobił to, na co ja nie byłem w stanie się zdobyć, bojąc się konsekwencji. On był panem i władcą, więc było mu wszystko jedno, co ludzie pomyślą. Może dlatego byłem gorszy? Niewystarczający? Nie dość, że nie miałem odwagi, to jeszcze pieniędzy by być bezkarnym.
Całą noc wpatrywałem się w gwiazdy. Trwałem wśród ludzi, mając wrażenie, że tak naprawdę byłem jedynym człowiekiem na ziemi. Było mi pusto i zimno, a noc dłużyła się i dłużyła. Kiedy wróciłem, sen wcale nie przychodził, a ta wolna przestrzeń w łóżku jedynie mnie dobijała jeszcze bardziej. Myślałem sobie o tym wszystkim, co było między nami od samego początku, też o ostatnich dniach, szczególnie o nich, o tym Razielu, próbując sobie wyobrazić jak wygląda, a także przeklinając fakt, że wiedziałem i właściwie miałem okazje poznać urodę Lukrecji.... Trochę tego było, więc wstałem rozdrażniony, półprzytomny.
Szedłem taki rozczochrany w wygniecionej koszuli do jadalni i mnie cholera jasna strzeliła, kiedy usłyszałem szeptaną rozmowę między cyrkowcami, że Edge spał u Fiery i że jeszcze nie wstał.
Nie wiedziałem, gdzie go ponosiło przez ostatnie noce i starałem się o tym nie myśleć, ale ostatecznie teorii na ten temat miałem zapewne tyle, ile sypialni było w Londynie i jego okolicach. Nie podejrzewałem jednak, że mogłoby się okazać, że pozostał na terenie cyrku, bo też niby czemu, skoro tak na dobrą sprawę nic go tu nie trzymało...?
Ale teraz cholera jasna mnie strzeliła i wbiłem tam podkurwiony, chcąc go ściągnąć z wyra, jak gdyby to było przestępstwo, że zapodział się na noc u Fiery. Niestety - albo stety - nie dane mi było się długo wkurwiać, bo zastałem go w fatalnym stanie. Takim, że się dosyć szybko zacząłem zastanawiać, czy jeszcze do nas wróci.
- Flynn - mówiłem do niego, poruszając jego ramieniem. Aż mi się wszystko wywracało w środku ze strachu, że mi tu zejdzie. Nie chciał się wybudzić, więc próbowałem do skutku. - Fleamont! Flynn! Obudź się! Flynn! Dawaj! Proszę, Flynn! - kontynuowałem niczym ten komar brzęczący nad uchem, a w tym potrafiłem być naprawdę dobry. Mógłbym sobie nawet z tego w tej chwili żartować, ale sprawa była poważna. Już wolałem, kiedy pił niż brał to świństwo.
Oczywiście, nie przestawałem nim potrząsać. Cholera, nie śnił! Byłem tu naprawdę!
Dlatego tak mnie to wszystko wkurzało, bo niezależnie od tego, ile Flynn by mi krwi napsuł, ile złego przekazał i uczynił, to wciąż go chciałem. Nie wiem, może zostałem przeklęty, może po prostu bylem głupi, ale bardzo mi go brakowało i... prawie mu o tym powiedziałem na weselu, ale jakoś nie wyszło. Przez Lukrecję, która... który wciąż się kręcił w jego otoczeniu. Poprosił go publicznie do tańca, przy mnie!, jak gdybym był niczym powietrze... I zrobił to, na co ja nie byłem w stanie się zdobyć, bojąc się konsekwencji. On był panem i władcą, więc było mu wszystko jedno, co ludzie pomyślą. Może dlatego byłem gorszy? Niewystarczający? Nie dość, że nie miałem odwagi, to jeszcze pieniędzy by być bezkarnym.
Całą noc wpatrywałem się w gwiazdy. Trwałem wśród ludzi, mając wrażenie, że tak naprawdę byłem jedynym człowiekiem na ziemi. Było mi pusto i zimno, a noc dłużyła się i dłużyła. Kiedy wróciłem, sen wcale nie przychodził, a ta wolna przestrzeń w łóżku jedynie mnie dobijała jeszcze bardziej. Myślałem sobie o tym wszystkim, co było między nami od samego początku, też o ostatnich dniach, szczególnie o nich, o tym Razielu, próbując sobie wyobrazić jak wygląda, a także przeklinając fakt, że wiedziałem i właściwie miałem okazje poznać urodę Lukrecji.... Trochę tego było, więc wstałem rozdrażniony, półprzytomny.
Szedłem taki rozczochrany w wygniecionej koszuli do jadalni i mnie cholera jasna strzeliła, kiedy usłyszałem szeptaną rozmowę między cyrkowcami, że Edge spał u Fiery i że jeszcze nie wstał.
Nie wiedziałem, gdzie go ponosiło przez ostatnie noce i starałem się o tym nie myśleć, ale ostatecznie teorii na ten temat miałem zapewne tyle, ile sypialni było w Londynie i jego okolicach. Nie podejrzewałem jednak, że mogłoby się okazać, że pozostał na terenie cyrku, bo też niby czemu, skoro tak na dobrą sprawę nic go tu nie trzymało...?
Ale teraz cholera jasna mnie strzeliła i wbiłem tam podkurwiony, chcąc go ściągnąć z wyra, jak gdyby to było przestępstwo, że zapodział się na noc u Fiery. Niestety - albo stety - nie dane mi było się długo wkurwiać, bo zastałem go w fatalnym stanie. Takim, że się dosyć szybko zacząłem zastanawiać, czy jeszcze do nas wróci.
- Flynn - mówiłem do niego, poruszając jego ramieniem. Aż mi się wszystko wywracało w środku ze strachu, że mi tu zejdzie. Nie chciał się wybudzić, więc próbowałem do skutku. - Fleamont! Flynn! Obudź się! Flynn! Dawaj! Proszę, Flynn! - kontynuowałem niczym ten komar brzęczący nad uchem, a w tym potrafiłem być naprawdę dobry. Mógłbym sobie nawet z tego w tej chwili żartować, ale sprawa była poważna. Już wolałem, kiedy pił niż brał to świństwo.
Oczywiście, nie przestawałem nim potrząsać. Cholera, nie śnił! Byłem tu naprawdę!