23.06.2024, 22:50 ✶
Faktycznie to zakrawało o dramatyczną mieszankę - euforia i wyrzuty sumienia. Niezwykle kłopotliwa. Kiedy próbowałem zagłuszyć jedną, na scenę wchodziła druga w całej swojej okazałości, zagłuszając zdrowy rozsądek i kusząc do złego - w przypadku euforii, przygniatając mnie i dusząc - w przypadki wyrzutów sumienia. Nie mogłem sobie pozwalać ani na jedno, ani na drugie, tak na dobrą sprawę. Nie dziwić się, że jednocześnie było mi po drodze do zabawy, jak i ciągłego przepraszania. Za komplementy na powitanie i słodki żart w dodatku - powtórzyłem sobie w myślach, doceniając niezwykły dobór słów i tonacji przez Laurenta. Widać było, że bardziej skupiony był przed laty na dworskiej edukacji aniżeli Pan Yaxley Łowca Potworów Od Smarkatego, co mi wcale nie ujmowało, bo jednak swoich nauk sporo też miałem okazję przeżyć. Czy to w domu, czy od swojego rozchichotanego towarzystwa. Szczególnie upodobałem sobie słuchanie muzyki, wielkie szalone koncerty, a to przecież również była poezja, czyż nie?
Uśmiechnąłem się nieco lubieżnie na jego pytanie. To panie Yaxley wybrzmiało odpowiednio, ale niestety nie mogłem, nie mogłem, nie mogłem. Ostatni raz słodkiego zapomnienia skończył się niedobrze, ale też dobrze, ale ostatecznie nie chciałem tego powtarzać. Niedobrze, bo go dziabnąłem. Dobrze, bo sam się powstrzymałem. Nie chciałem, bo starałem się być odpowiedzialny.
- Obawiam się, że moje pragnienia nie mają tu nic do powiedzenia - stwierdziłem, nieco odchylając się do tyłu na tym murku w ramach lekkiego rozluźnienia, a może już zbyt dużego...? Mogło to wyglądać niczym zaproszenie do przeżywania wspólnych euforii, ale jednak w głowie miałem co innego, poza tym z czegokolwiek, co mogłem sobie zapragnąć, i tak nic by nie było, więc jedynie się uśmiechnąłem, tym razem już nie z żalem, tylko jakąś taką lekkością, jakby tych kilka dobrych słów wygnało to, co złe. Ciekawe, czy mogło faktycznie przy większej intensywności...?
- Jedynym, co w grę wejść może, jest plan C, ale jest pewien problem, panie Prewett... - podjąłem chwilę później, tak po drobnym zastanowieniu się. Zrobiłem dramatyczną pauzę, skoro pełen byłem tego dramatyzmu w swojej osobie, po czym zrobiłem niewinną, niby zakłopotaną minę. Ta, ta mimika, te słodkie uśmieszki, to przebitka dawnego Astarotha... Tego, co gonił od imprezy do imprezy, ledwo nadążając za swoją przyjaciółką. Albo odwrotnie. Czasami to te moje długie nogi, długie kroki... Trzeba było się wysilić by się ze mną zrównać.
- Problem jest taki, że nie mamy jeszcze planu C - przyznałem ponownie zgodnie z prawdą, nieco rozchichotany. Bo tak na dobrą sprawę, to pozostawało mi życie z ta emocjonalną wagą, co to się chybotała niepewnie, niezdecydowana, co ma ostatecznie wybrać za cięższe, ale... Fajnie było się połudzić, pożartować, wymyślić coś głupiego, co na krótką chwilę oderwie myśli od rzeczywistości. Tak w granicach zdrowego rozsądku oderwie myśli od rzeczywistości, bo jako potwór musiałem uważać na siebie i na innych.
A też mówiłem prawdę, że planu C nie było, bo nie było. Nie miałem zielonego pojęcia, co mógłbym zrobić, żeby się rozerwać. Skoczyć do Tamizy...? Cóż, nie przepadałem za wodą, a też ta konkretna woda nie zachęcała do kąpieli. Wolałem nie analizować, co się w niej znajdowało. Człowiek pozostawał dzięki temu zdrowszy i po prostu rozczulał się, bo jej tafla odbijała światełka. Fajne światełka, o tak.
Uśmiechnąłem się nieco lubieżnie na jego pytanie. To panie Yaxley wybrzmiało odpowiednio, ale niestety nie mogłem, nie mogłem, nie mogłem. Ostatni raz słodkiego zapomnienia skończył się niedobrze, ale też dobrze, ale ostatecznie nie chciałem tego powtarzać. Niedobrze, bo go dziabnąłem. Dobrze, bo sam się powstrzymałem. Nie chciałem, bo starałem się być odpowiedzialny.
- Obawiam się, że moje pragnienia nie mają tu nic do powiedzenia - stwierdziłem, nieco odchylając się do tyłu na tym murku w ramach lekkiego rozluźnienia, a może już zbyt dużego...? Mogło to wyglądać niczym zaproszenie do przeżywania wspólnych euforii, ale jednak w głowie miałem co innego, poza tym z czegokolwiek, co mogłem sobie zapragnąć, i tak nic by nie było, więc jedynie się uśmiechnąłem, tym razem już nie z żalem, tylko jakąś taką lekkością, jakby tych kilka dobrych słów wygnało to, co złe. Ciekawe, czy mogło faktycznie przy większej intensywności...?
- Jedynym, co w grę wejść może, jest plan C, ale jest pewien problem, panie Prewett... - podjąłem chwilę później, tak po drobnym zastanowieniu się. Zrobiłem dramatyczną pauzę, skoro pełen byłem tego dramatyzmu w swojej osobie, po czym zrobiłem niewinną, niby zakłopotaną minę. Ta, ta mimika, te słodkie uśmieszki, to przebitka dawnego Astarotha... Tego, co gonił od imprezy do imprezy, ledwo nadążając za swoją przyjaciółką. Albo odwrotnie. Czasami to te moje długie nogi, długie kroki... Trzeba było się wysilić by się ze mną zrównać.
- Problem jest taki, że nie mamy jeszcze planu C - przyznałem ponownie zgodnie z prawdą, nieco rozchichotany. Bo tak na dobrą sprawę, to pozostawało mi życie z ta emocjonalną wagą, co to się chybotała niepewnie, niezdecydowana, co ma ostatecznie wybrać za cięższe, ale... Fajnie było się połudzić, pożartować, wymyślić coś głupiego, co na krótką chwilę oderwie myśli od rzeczywistości. Tak w granicach zdrowego rozsądku oderwie myśli od rzeczywistości, bo jako potwór musiałem uważać na siebie i na innych.
A też mówiłem prawdę, że planu C nie było, bo nie było. Nie miałem zielonego pojęcia, co mógłbym zrobić, żeby się rozerwać. Skoczyć do Tamizy...? Cóż, nie przepadałem za wodą, a też ta konkretna woda nie zachęcała do kąpieli. Wolałem nie analizować, co się w niej znajdowało. Człowiek pozostawał dzięki temu zdrowszy i po prostu rozczulał się, bo jej tafla odbijała światełka. Fajne światełka, o tak.