24.06.2024, 02:01 ✶
Przez krótką chwilę po prostu mierzył ją wzrokiem, lekko poirytowany przebiegiem tej rozmowy. Nie była to ich pierwsza dyskusja i w teorii nie powinno go dziwić, że Brenna uparcie stoi przy swoim zdaniu, ale zmęczenie robiło swoje. Świadczył o tym już sam fakt, że okazywał zewnętrznie jakiekolwiek negatywne emocje. W trakcie tej kilkusekundowej ciszy próbował wymyślić argument, który pomógłby mu wygrać, ale ostatecznie został z niczym. Nie był z tego faktu zadowolony, ale ostatecznie po prostu się poddał. Może to nawet lepiej, bo po kilku kolejnych chwilach nawet już nie pamiętał, że był na nią zły.
— Większość pacjentów w Mungu to czarodzieje, a jednak zdarza im się zachorować. Nie mówię, że nie możesz wysuszyć tych ubrań w mgnieniu oka, Brenn. Po prostu nie warto kusić losu — głos znacznie mu złagodniał, a na twarzy pojawił się znowu uśmiech, któremu towarzyszyło zatroskane spojrzenie. — O herbatę nie musisz się martwić. Tak w zasadzie to nie wypuściłbym cię bez poczęstowania herbatą i ciastem. Mama zrobiła szarlotkę. Mam dziwne przerzucie, że nie odmówisz — dodał jeszcze, kręcąc przy tym głową. Zbyt mocno ją lubił, żeby dłużej się gniewać. Minęło zdecydowanie zbyt dużo czasu od ich ostatniego spotkania. Nie chciał go marnować na złe emocje. Poza tym, jej argumentacja była naprawdę solidna. Jesień faktycznie ściągała do apteki spore tłumy ludzi, których męczyły przeziębienia i różne choroby związane z nagłym pogorszeniem pogody. W teorii sam prosił się o zapalenie płuc, ale w tej chwili nawet o tym nie myślał.
— Naprawdę chciałbym wierzyć ci na słowo, ale Twoje dane medyczne nieco temu zaprzeczają. Gdy ostatnio cię badałem, musiałem sprawdzić wcześniejsze dolegliwości. Lista jest niepokojąco długa — pokręcił lekko głową, rzucając jej spojrzenie, w którym dezaprobata mieszała się ze szczerą troską. Wiedział, że praca w Brygadzie wiązała się z ryzykiem, ale i tak nie lubił, gdy bliskie mu osoby spotykało coś złego. — Chodź, wejdziemy od zaplecza. Mama jest za ladą — dodał jeszcze, zerkając przez okno do wnętrza apteki. Pewnym krokiem zaprowadził ją na tyły budynku, a gdy stali już pod daszkiem, odwołał parasolkę. Wyciągnął z kieszeni klucze i po znalezieniu tego właściwego, wsunął go do dziury i przekręcił. Ciche klik otworzyło im przejście do magazynu zastawionego pudłami i skrzynkami pełnymi różnego rodzaju medykamentów. Gdy Brenna już weszła, Lupin zamknął za nimi drzwi, po czym skierował ją w stronę schodów na piętro.
Odnotował tę nagłą zmianę w jej głosie, sam zresztą również spoważniał. Voldemort kojarzył mu się wyjątkowo nieprzyjemnie. Brenna chyba naprawdę wepchała się w coś niebezpiecznego. — Tym bardziej nie powinniśmy rozmawiać o tym tutaj. Jeszcze ktoś usłyszy. Rozwiniesz myśl w moim pokoju, okey? — odpowiedział po chwili zawahania się. Gdy przemknęli się już do mieszkania, rozejrzał się jeszcze, po czym odetchnął z ulgą. Nikogo nie było, idealnie. — Poczekaj u mnie, okey? Zaparzę szybko wodę. Zrobię herbatę, zgarnę ciasto i jestem — zadeklarował, a gdy kobieta ruszyła do odpowiednich drzwi, sam ruszył do kuchni. Nastawił wodę, zgarnął na tackę odpowiednie naczynia, po czym skoczył jeszcze do łazienki, gdzie zmienił przemoczone ubrania na strój bardziej domowy. Luźna koszula oraz nieco spłowiałe, szerokie spodnie. Od razu lepiej.
Zajęło mu to kilka minut, ale w końcu wsunął się do pokoju. Postawił na stole tacę, na której w tej chwili znajdował się talerz z szarlotką, dwa mniejsze talerzyki, kubki oraz dzbanek pełen herbaty.
— Częstuj się i... opowiadaj. Przez tych kilka minut moja głowa podsunęła mi setki nieprzyjemnych scenariuszy, ale chcę wierzyć, że nic ci nie grozi — zaczął, siadając na wolnym krześle.
— Większość pacjentów w Mungu to czarodzieje, a jednak zdarza im się zachorować. Nie mówię, że nie możesz wysuszyć tych ubrań w mgnieniu oka, Brenn. Po prostu nie warto kusić losu — głos znacznie mu złagodniał, a na twarzy pojawił się znowu uśmiech, któremu towarzyszyło zatroskane spojrzenie. — O herbatę nie musisz się martwić. Tak w zasadzie to nie wypuściłbym cię bez poczęstowania herbatą i ciastem. Mama zrobiła szarlotkę. Mam dziwne przerzucie, że nie odmówisz — dodał jeszcze, kręcąc przy tym głową. Zbyt mocno ją lubił, żeby dłużej się gniewać. Minęło zdecydowanie zbyt dużo czasu od ich ostatniego spotkania. Nie chciał go marnować na złe emocje. Poza tym, jej argumentacja była naprawdę solidna. Jesień faktycznie ściągała do apteki spore tłumy ludzi, których męczyły przeziębienia i różne choroby związane z nagłym pogorszeniem pogody. W teorii sam prosił się o zapalenie płuc, ale w tej chwili nawet o tym nie myślał.
— Naprawdę chciałbym wierzyć ci na słowo, ale Twoje dane medyczne nieco temu zaprzeczają. Gdy ostatnio cię badałem, musiałem sprawdzić wcześniejsze dolegliwości. Lista jest niepokojąco długa — pokręcił lekko głową, rzucając jej spojrzenie, w którym dezaprobata mieszała się ze szczerą troską. Wiedział, że praca w Brygadzie wiązała się z ryzykiem, ale i tak nie lubił, gdy bliskie mu osoby spotykało coś złego. — Chodź, wejdziemy od zaplecza. Mama jest za ladą — dodał jeszcze, zerkając przez okno do wnętrza apteki. Pewnym krokiem zaprowadził ją na tyły budynku, a gdy stali już pod daszkiem, odwołał parasolkę. Wyciągnął z kieszeni klucze i po znalezieniu tego właściwego, wsunął go do dziury i przekręcił. Ciche klik otworzyło im przejście do magazynu zastawionego pudłami i skrzynkami pełnymi różnego rodzaju medykamentów. Gdy Brenna już weszła, Lupin zamknął za nimi drzwi, po czym skierował ją w stronę schodów na piętro.
Odnotował tę nagłą zmianę w jej głosie, sam zresztą również spoważniał. Voldemort kojarzył mu się wyjątkowo nieprzyjemnie. Brenna chyba naprawdę wepchała się w coś niebezpiecznego. — Tym bardziej nie powinniśmy rozmawiać o tym tutaj. Jeszcze ktoś usłyszy. Rozwiniesz myśl w moim pokoju, okey? — odpowiedział po chwili zawahania się. Gdy przemknęli się już do mieszkania, rozejrzał się jeszcze, po czym odetchnął z ulgą. Nikogo nie było, idealnie. — Poczekaj u mnie, okey? Zaparzę szybko wodę. Zrobię herbatę, zgarnę ciasto i jestem — zadeklarował, a gdy kobieta ruszyła do odpowiednich drzwi, sam ruszył do kuchni. Nastawił wodę, zgarnął na tackę odpowiednie naczynia, po czym skoczył jeszcze do łazienki, gdzie zmienił przemoczone ubrania na strój bardziej domowy. Luźna koszula oraz nieco spłowiałe, szerokie spodnie. Od razu lepiej.
Zajęło mu to kilka minut, ale w końcu wsunął się do pokoju. Postawił na stole tacę, na której w tej chwili znajdował się talerz z szarlotką, dwa mniejsze talerzyki, kubki oraz dzbanek pełen herbaty.
— Częstuj się i... opowiadaj. Przez tych kilka minut moja głowa podsunęła mi setki nieprzyjemnych scenariuszy, ale chcę wierzyć, że nic ci nie grozi — zaczął, siadając na wolnym krześle.