24.06.2024, 03:31 ✶
- Rozumiem - ale nie rozumiała. A może rozumiała, że nie była w stanie zrozumieć. Nie była nawet pewna do którego właściwie fragmentu wypowiedzi Szeptuchy się odnosiła, ale chyba chodziło całokształt. Niby sama była zdolna do odczytywania znaków, które przychodziły w kartach czy szklanej kuli, ale to co kryło się w wizjach zawsze pozostawało poza jej zasięgiem. Czuła się przez to wybrakowana, głównie dlatego że jej własna matka była znakomitą jasnowidzką, kiedyś nawet prowadzącą swoją własną praktykę. A ona? Była jej córką, krwią z krwi, do Trelawneyów było jej o wiele bliżej pod tym kątem, niż McKinnów ale jakkolwiek nie próbowała to jej trzecie oko pozostawało tak samo zaciśnięte. Była ślepa jak kret i zawsze z pewnym zniechęceniem słyszała od samych jasnowidzów, jak pokrętne i niemożliwe do zinterpretowania mogą być wizje.
- Zwyczajnie się boję, że światu zbyt długo zajmie wrócenie do siebie o własnych siłach - proces regeneracji bywał ślamazarny, nawet jeśli zawsze w końcu następował. Było coś strasznego w tym, jak szybko człowiek był w stanie niszczyć rzeczy, zaburzając naturalny rytm entropii. To co działo się w sekundy, czasem odnawiało się latami. Ale czy mieli na to wystarczająco dużo czasu? Oni, a nie natura? Bo nawet by się nie zdziwiła, gdyby świat postanowił ich przeczekać z tym swoim uleczeniem samego siebie.
Piła herbatę powoli, ale nie drążyła tematu dalej. Nie było sensu - przynajmniej tyle udało jej się wywnioskować z całej tej rozmowy. Wszystko wróci na swoje miejsce i pozostawało mieć nadzieję, że Lestrange w to uwierzy.
- Dziękuję za twoje słowa - powiedziała, odstawiając pusty już kubek. - Na mnie już pora i przepraszam cię za to najście - uśmiechnęła się do Szeptuchy trochę słabo, myślami będąc już przy tym, jak bardzo rozzłoszczony będzie po wszystkim uwięziony teraz roślinnością Louvain. Niemniej jednak, podniosła się z miejsca, kierując do drzwi i przy nich jeszcze raz dziękując za czas i żegnając z kobietą. A potem? W sumie to nawet niespecjalnie by się obraziła, gdyby ten Lestrange już na zawsze został w tym żywopłocie, ale i tak poczekała na niego przed furtką.
- Zwyczajnie się boję, że światu zbyt długo zajmie wrócenie do siebie o własnych siłach - proces regeneracji bywał ślamazarny, nawet jeśli zawsze w końcu następował. Było coś strasznego w tym, jak szybko człowiek był w stanie niszczyć rzeczy, zaburzając naturalny rytm entropii. To co działo się w sekundy, czasem odnawiało się latami. Ale czy mieli na to wystarczająco dużo czasu? Oni, a nie natura? Bo nawet by się nie zdziwiła, gdyby świat postanowił ich przeczekać z tym swoim uleczeniem samego siebie.
Piła herbatę powoli, ale nie drążyła tematu dalej. Nie było sensu - przynajmniej tyle udało jej się wywnioskować z całej tej rozmowy. Wszystko wróci na swoje miejsce i pozostawało mieć nadzieję, że Lestrange w to uwierzy.
- Dziękuję za twoje słowa - powiedziała, odstawiając pusty już kubek. - Na mnie już pora i przepraszam cię za to najście - uśmiechnęła się do Szeptuchy trochę słabo, myślami będąc już przy tym, jak bardzo rozzłoszczony będzie po wszystkim uwięziony teraz roślinnością Louvain. Niemniej jednak, podniosła się z miejsca, kierując do drzwi i przy nich jeszcze raz dziękując za czas i żegnając z kobietą. A potem? W sumie to nawet niespecjalnie by się obraziła, gdyby ten Lestrange już na zawsze został w tym żywopłocie, ale i tak poczekała na niego przed furtką.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror