24.06.2024, 12:24 ✶
Nie zareagowała w żaden wyjątkowy sposób, gdy wplótł palce w jej włosy. Wszelkie czułe gesty były w ich wydaniu tylko wysublimowaną formą pokazania światu perfekcyjnego obrazka. Jakby oboje dorwali się do tego samego wydania “małżeństwa i związków dla opornych”. Nawet jeśli jej naturalną reakcją było odsunięcie i odtrącenie ręki (utrzymanie tak nienagannej fryzury kosztowało niemało sykli), to przysunęła się jeszcze nieco bliżej. Powieka kobiety minimalnie drgnęła, gdy próbowała ukryć narastającą irytację.
- Więc nie dawaj mi powodów do ich wygłaszania.- Dodała jeszcze. Już spokojniej, ale Lorien jak to Lorien - musiała mieć ostatnie słowo. Najwyraźniej argument o owym “odpłynięciu” ją przekonał. W porządku, to miało sens. Nie widuje się codziennie własnych kuchni na wielkim ekranie.
Gdy szwagier wrócił do stolika, nie odskoczyła jak oparzona. Ba, nawet nie drgnęła. Jasne, obrzuciła Richarda uważnym spojrzeniem ale zamarła w swoim miejscu przy Robercie. Odsunęła się dopiero, gdy mogło wyglądać to jak naturalna kolej rzeczy.
Cała ta sytuacja przyjęła… Co najmniej dziwny obrót.
Najpierw Robert się zerwał z krzesła i zaczął wiwatować. Dobra Matko, co za wstyd! Ktoś kiedyś powiedział, że chłopa to i do ludzi źle wypuścić. Cokolwiek chciał osiągnąć - najwyraźniej osiągnął, bo Sophie przytuliła się tylko mocniej do Borgina, a ten wydawał się być jeszcze bardziej tym wszystkim zadziwiony. A może zakłopotany. I to był najwyraźniej moment, w którym Mulciber zorientował się kto stoi na scenie.
Co do chuja?
- Robert!- Syknęła teraz już wyraźnie oburzona, zadzierając głowę. Trochę kultury może?!
Mimo wszystko satysfakcja wcale nie zmalała.Jeden głupi wyskok córki za kolejnym, a on wciąż się nie nauczył, że najlepiej ukrócić kolejny pomysł w zarodku. To jak puszczać raz po raz więźnia wolno, licząc, że w końcu wróci na dobrą drogę. W tym wszystkim nawet nie zwróciła uwagi na to co robi Richard.
Jej uwagę zwrócił za to Bulstrode, który przemaszerował przy ich stoliku machając swoją odznaką aurora. Usłyszała jakieś słowa o poszukiwaniu i Departamencie, ale nie zdołała sklecić z nich żadnego sensownego zdania.
Zamiast tego wyraźnie usłyszała Roberta.Uniosła brwi.
Chyba?
Chyba coś było nie w porządku? Co w nagłym przerwaniu widowiska, fakcie, że Sophie tuliła się na scenie nieco zbyt kurczowo do Borgina, albo tym, że Ministerstwo Magii interweniowało w środku głupiego wydarzenia randkowego brzmiało “w porządku”?
Miała jednak swój własny wewnętrzny dylemat, którzy trzymał ją na niewygodnym krzesełku niczym zaklęcie Trwałego Przylepca.
Niepisana zasada, której uczyli się wszyscy wielcy i maluczcy ich urzędniczego świata brzmiała “pod żadnym pozorem nie przeszkadzaj Aurorom w pracy. Oni wpierw działają, później zadają pytania”. Ale… Na scenie była Sophie. Prawdopodobnie kompletnie bezbronna, zdana na łaskę i niełaskę Arteusa i Stanley’a - jakikolwiek by to nie był konflikt - jej pasierbica znalazła się w bardzo złym miejscu i czasie. Należało ją stamtąd zabrać tak szybko jak to tylko możliwe.
Wybory, wybory. Czasem po prostu żaden nie był dobry.
Dlatego kiedy złapała kontakt wzrokowy z Robertem, bardzo słabo pokręciła pokręciła głową.
Rób co chcesz.
Jak przystało na sędziego Lorien postanowiła umyć ręce od całej sprawy. Zwłaszcza, że o wiele bardziej skłaniała się ku temu, by męża przy stoliku po prostu zatrzymać.
- Więc nie dawaj mi powodów do ich wygłaszania.- Dodała jeszcze. Już spokojniej, ale Lorien jak to Lorien - musiała mieć ostatnie słowo. Najwyraźniej argument o owym “odpłynięciu” ją przekonał. W porządku, to miało sens. Nie widuje się codziennie własnych kuchni na wielkim ekranie.
Gdy szwagier wrócił do stolika, nie odskoczyła jak oparzona. Ba, nawet nie drgnęła. Jasne, obrzuciła Richarda uważnym spojrzeniem ale zamarła w swoim miejscu przy Robercie. Odsunęła się dopiero, gdy mogło wyglądać to jak naturalna kolej rzeczy.
Cała ta sytuacja przyjęła… Co najmniej dziwny obrót.
Najpierw Robert się zerwał z krzesła i zaczął wiwatować. Dobra Matko, co za wstyd! Ktoś kiedyś powiedział, że chłopa to i do ludzi źle wypuścić. Cokolwiek chciał osiągnąć - najwyraźniej osiągnął, bo Sophie przytuliła się tylko mocniej do Borgina, a ten wydawał się być jeszcze bardziej tym wszystkim zadziwiony. A może zakłopotany. I to był najwyraźniej moment, w którym Mulciber zorientował się kto stoi na scenie.
Co do chuja?
- Robert!- Syknęła teraz już wyraźnie oburzona, zadzierając głowę. Trochę kultury może?!
Mimo wszystko satysfakcja wcale nie zmalała.Jeden głupi wyskok córki za kolejnym, a on wciąż się nie nauczył, że najlepiej ukrócić kolejny pomysł w zarodku. To jak puszczać raz po raz więźnia wolno, licząc, że w końcu wróci na dobrą drogę. W tym wszystkim nawet nie zwróciła uwagi na to co robi Richard.
Jej uwagę zwrócił za to Bulstrode, który przemaszerował przy ich stoliku machając swoją odznaką aurora. Usłyszała jakieś słowa o poszukiwaniu i Departamencie, ale nie zdołała sklecić z nich żadnego sensownego zdania.
Zamiast tego wyraźnie usłyszała Roberta.Uniosła brwi.
Chyba?
Chyba coś było nie w porządku? Co w nagłym przerwaniu widowiska, fakcie, że Sophie tuliła się na scenie nieco zbyt kurczowo do Borgina, albo tym, że Ministerstwo Magii interweniowało w środku głupiego wydarzenia randkowego brzmiało “w porządku”?
Miała jednak swój własny wewnętrzny dylemat, którzy trzymał ją na niewygodnym krzesełku niczym zaklęcie Trwałego Przylepca.
Niepisana zasada, której uczyli się wszyscy wielcy i maluczcy ich urzędniczego świata brzmiała “pod żadnym pozorem nie przeszkadzaj Aurorom w pracy. Oni wpierw działają, później zadają pytania”. Ale… Na scenie była Sophie. Prawdopodobnie kompletnie bezbronna, zdana na łaskę i niełaskę Arteusa i Stanley’a - jakikolwiek by to nie był konflikt - jej pasierbica znalazła się w bardzo złym miejscu i czasie. Należało ją stamtąd zabrać tak szybko jak to tylko możliwe.
Wybory, wybory. Czasem po prostu żaden nie był dobry.
Dlatego kiedy złapała kontakt wzrokowy z Robertem, bardzo słabo pokręciła pokręciła głową.
Rób co chcesz.
Jak przystało na sędziego Lorien postanowiła umyć ręce od całej sprawy. Zwłaszcza, że o wiele bardziej skłaniała się ku temu, by męża przy stoliku po prostu zatrzymać.