06.01.2023, 20:55 ✶
Brenna miała całkowitą rację co do jej matki: że nie nadąża za modą. Ale ci zafiksowani w starych, czarodziejskich rodach, chyba tak po prostu mieli, że trudno było zmienić ich postrzeganie świata. Że potrzebowali nie burzy, a całego trzęsienia ziemi, by dostrzec, jak wiele się zmieniło i że samemu też trzeba się zmienić. Człowiek był w końcu istotą stworzoną do przystosowywania się do zmian.
Victoria pokiwała głową. Sześćdziesiąt sekund – a więc Brenna musiała się bardzo szybko zorientować, że ktoś próbuje ją oszukać i w jaki sposób. To bardzo dobrze o niej świadczyło – a przynajmniej według Lestrange. Chciała ją podpytać o kilka rzeczy w związku z tym – ale nie zdążyła.
- Bez zaklęć – odpowiedziała i tylko obróciła się by lepiej widzieć sytuację. Gdyby poleciały tutaj jakieś klątwy, to tak, wtedy wstałaby i bez wahania spacyfikowała pijanych pojedynkowiczów, ale tak..? Była przecież po pracy, po cywilnemu i ku własnej uciechy, nie zamierzała się w to mieszać.
No chyba, że zostanie poproszona o pomoc.
Victoria aż uniosła brwi spoglądając na rozwijającą się sytuację. Niesamowite jak bardzo potrafiły się różnić miejsca i to, jak można się w nich zachowywać. Jakiś czas temu była w końcu z Saurielem w knajpie, a gdy jakiś typ zaczął się do niej dostawiać i nie zrozumiał „nie”, to jej towarzysz sprał go na kwaśne jabłko – i nikt się nawet nie zająknął. Zaś tutaj, w Dziurawym Kotle, coś takiego nie miało prawa przejść. I nie przeszło. Bo Brenna, nie wyglądająca na zadowoloną, westchnęła i wstała, próbując uspokoić zgromadzenie. Ona sama jedna przeciwko rozochoconemu tłumowi, który – niczym prosty lud – żądał chleba i igrzysk.
Jej krzyk może i coś dał. Kilka osób się zatrzymało, zapatrzyło. Kilka – pewnie i tak tych, które nie chciały się mieszać. Bo te, którym czerwona mgła alkoholu i złości przysłoniła widok, zdawały się nie słyszeć – od, knajpa, hałas. Czasami ktoś krzyknie. Jak się myśli jednotorowo, ma klapy na oczach niczym koń, to nie słyszy się też podszeptów rozsądku. Bo narzeczony Amandy nie zamierzał ich słuchać na pewno. Przestał już co prawda barbarzyńsko okładać swojego rywala pięściami po pysku, a i koledzy, którzy próbowali go zatrzymać i odciągnąć zostali wciągnięci we własną bójkę. Ten dał w twarz temu, ten oberwał ot tego, tu ktoś coś wrzasnął. Zaś główny zainteresowany wyciągnął z kieszeni spodni różdżkę i wycelował w swojego przeciwnika, który też miał już różdżkę w ręce.
- CONFRINGO
- RICTUSEMPRA
Krzyknęli jednocześnie. I oboje przelecieli przez Kocioł, tylko w dwóch różnych kierunkach.
Wtedy też i Victoria stanęła na równe nogi. Zamierzała oddać Brennie pola, ale z własną różdżką w ręce stanęła tuż za nią, zamierzając ją ubezpieczać w razie czego.
Victoria pokiwała głową. Sześćdziesiąt sekund – a więc Brenna musiała się bardzo szybko zorientować, że ktoś próbuje ją oszukać i w jaki sposób. To bardzo dobrze o niej świadczyło – a przynajmniej według Lestrange. Chciała ją podpytać o kilka rzeczy w związku z tym – ale nie zdążyła.
- Bez zaklęć – odpowiedziała i tylko obróciła się by lepiej widzieć sytuację. Gdyby poleciały tutaj jakieś klątwy, to tak, wtedy wstałaby i bez wahania spacyfikowała pijanych pojedynkowiczów, ale tak..? Była przecież po pracy, po cywilnemu i ku własnej uciechy, nie zamierzała się w to mieszać.
No chyba, że zostanie poproszona o pomoc.
Victoria aż uniosła brwi spoglądając na rozwijającą się sytuację. Niesamowite jak bardzo potrafiły się różnić miejsca i to, jak można się w nich zachowywać. Jakiś czas temu była w końcu z Saurielem w knajpie, a gdy jakiś typ zaczął się do niej dostawiać i nie zrozumiał „nie”, to jej towarzysz sprał go na kwaśne jabłko – i nikt się nawet nie zająknął. Zaś tutaj, w Dziurawym Kotle, coś takiego nie miało prawa przejść. I nie przeszło. Bo Brenna, nie wyglądająca na zadowoloną, westchnęła i wstała, próbując uspokoić zgromadzenie. Ona sama jedna przeciwko rozochoconemu tłumowi, który – niczym prosty lud – żądał chleba i igrzysk.
Jej krzyk może i coś dał. Kilka osób się zatrzymało, zapatrzyło. Kilka – pewnie i tak tych, które nie chciały się mieszać. Bo te, którym czerwona mgła alkoholu i złości przysłoniła widok, zdawały się nie słyszeć – od, knajpa, hałas. Czasami ktoś krzyknie. Jak się myśli jednotorowo, ma klapy na oczach niczym koń, to nie słyszy się też podszeptów rozsądku. Bo narzeczony Amandy nie zamierzał ich słuchać na pewno. Przestał już co prawda barbarzyńsko okładać swojego rywala pięściami po pysku, a i koledzy, którzy próbowali go zatrzymać i odciągnąć zostali wciągnięci we własną bójkę. Ten dał w twarz temu, ten oberwał ot tego, tu ktoś coś wrzasnął. Zaś główny zainteresowany wyciągnął z kieszeni spodni różdżkę i wycelował w swojego przeciwnika, który też miał już różdżkę w ręce.
- CONFRINGO
- RICTUSEMPRA
Krzyknęli jednocześnie. I oboje przelecieli przez Kocioł, tylko w dwóch różnych kierunkach.
Wtedy też i Victoria stanęła na równe nogi. Zamierzała oddać Brennie pola, ale z własną różdżką w ręce stanęła tuż za nią, zamierzając ją ubezpieczać w razie czego.