06.01.2023, 21:04 ✶
Znalezienie Castiela zdawało się graniczyć z cudem, zwłaszcza że nie mógł się spodziewać żadnej odpowiedzi z jego strony, wiedząc, że pracował nad starożytnym artefaktem, o którym z taką pasją mu wczoraj opowiadał. Owszem, uprzedzał go, że równie dobrze może nie dawać znaku życia przez kolejne dni, ale Fergus nie potrafił tak po prostu usiedzieć w miejscu, wiedząc, jak ryzykownej pracy Flint się podjął. Czy to źle, że się martwił? Chociaż cisza mogła oznaczać wyłącznie skupienie, uśmiech podpowiadał mu kłopoty. Zwłaszcza że Castiel ostatecznie nie pojawił się rano w jego sklepie, by mógł naprawić jego szwankującą różdżkę. A taka lekkomyślność zwiastowała kłopoty. Nie zdawała się domeną blondyna, prędzej Ollivandera, który podejmował się niedopracowanych działań i potem cierpiał nie tylko on, ale i wszyscy wokół. Ktoś pracujący z czarną magią powinien być rozsądniejszy. Gdyby Fergus sam nie zrezygnował, pewnie wykopaliby go z kursu klątwołamaczy już po pierwszym wyjściu w teren i próbach zdjęcia najprostszego uroku. Nie przeczytałby instrukcji do końca i spowodował jakiś wybuch, ewentualnie dorobił trzeciej ręki.
Przetrwanie całego ranka w pracy było ciężkim orzechem do zgryzienia, zwłaszcza gdy zorientował się, że Flint rzeczywiście u niego nie zawita. Sam z siebie zgłosił się nawet, żeby załatwić interesy z Meadowsami, co wzbudziło lekkie podejrzenia ze strony jego ojca. Zignorował to dociekające uniesienie brwi, które – jak ostatnio się zorientował – chyba po nim odziedziczył i spędził większość dnia wykłócając się ze starcem o ceny mahoniu. Pozwoliło mu to choć na chwilę oderwać myśli, które raz po raz powracały do Castiela. Czasem podświadomość podpowiadała mu jego uśmiech, który sprawiał, że Fergusowi robiło się ciepło na sercu i miał wrażenie, że czuje dotyk jego dłoni na policzku, innym razem były to mroczniejsze wizje rykoszetu zaklęcia, wywołujące obrzydliwą gulę w gardle. Oczywistym było, że wolał te pierwsze, ale niepokój wręcz zżerał go od środka. Jak zatem nie miał o szukać od razu po tym, jak zamknął sklep?
Gdy Baldur otworzył mu drzwi, dla niepoznaki zapytał go zarówno o Castiela, jak i Cynthię, dzięki czemu dowiedział się, że jedno z nich jest w pracy w szpitalu, a drugie w swoim gabinecie. Zresztą najmłodszy z Flintów szybko go zbył, chyba niepocieszony, że mu w czymś przerwano.
Odnalazł tę klitkę, którą Cas zdawał się nazywać swoim gabinetem i zapukał do drzwi, poprawiając torbę na ramieniu, która wyjątkowo mocno mu ciążyła, przepełniona po brzegi różnymi – w jego mniemaniu potrzebnymi – przedmiotami. Usłyszał przytłumiony głos, odczuwając ulgę na fakt, że najwyraźniej nic mu się nie stało i znajdował się w ferworze pracy. Sekundę później drzwi otworzyły się.
Castiel wyglądał… bardziej jakby dopiero podniósł się z łóżka, niż spędził pół dnia na pracy. Pogniecione ubrania, rozczochrane włosy, mrugające w zdziwieniu oczy i zaróżowione policzki. Uśmiechnął się na jego widok. Upuścił na ziemię torbę, tą samą ręką obejmując go w pasie, gdy ten przyciągnął go do pocałunku. W tym miejscu mieli więcej swobody, na którą nie mogli sobie pozwolić dzień wcześniej, spacerując po Londynie. Aż kusiło, by rozpiąć mu tę bezużyteczną koszulę. Smakował kawą, a wokół pachniało morzem, najwyraźniej znajdowało się gdzieś za oknem, ale Fergus nie mógł stwierdzić, bo nie zdążył rozejrzeć się po pomieszczeniu.
- Najpierw sam się na mnie rzucasz, a potem mnie upominasz? – zaśmiał się, gdy odsunęli się od siebie i miał chwilę, by zwrócić uwagę na miejsce pracy Castiela. Panował tu istny chaos, który skupiał się wokół artefaktu ustawionego na biurku. Przedmiot przyciągał wzrok, przez moment nie mógł oderwać od niego oczu jak zahipnotyzowany, ale słowa Flinta wyrwały go z tego odrętwienia niemal natychmiast.
- Jeśli uważasz, że nie powinienem tu być, mogę pójść – odparł, a w jego głosie dało się usłyszeć nutę zawodu. Mimo to cofnął się dwa kroki i sięgnął po swoją torbę, wyciągając z niej zawiniątko w papierowej torbie i butelkę soku dyniowego. – Przyniosłem ci coś do jedzenia – dodał, podając mu kanapki i napój. Tak mu się wydawało, że Castiel mógł zapomnieć o tym, żeby się posilić, kiedy skupił się na tłumaczeniu tekstów z zaklęciami. I nawet jeśli Flint poprosiłby go, żeby teraz wyszedł, by go nie rozpraszać, cieszyłby go sam fakt, że do niego zajrzał.
Przetrwanie całego ranka w pracy było ciężkim orzechem do zgryzienia, zwłaszcza gdy zorientował się, że Flint rzeczywiście u niego nie zawita. Sam z siebie zgłosił się nawet, żeby załatwić interesy z Meadowsami, co wzbudziło lekkie podejrzenia ze strony jego ojca. Zignorował to dociekające uniesienie brwi, które – jak ostatnio się zorientował – chyba po nim odziedziczył i spędził większość dnia wykłócając się ze starcem o ceny mahoniu. Pozwoliło mu to choć na chwilę oderwać myśli, które raz po raz powracały do Castiela. Czasem podświadomość podpowiadała mu jego uśmiech, który sprawiał, że Fergusowi robiło się ciepło na sercu i miał wrażenie, że czuje dotyk jego dłoni na policzku, innym razem były to mroczniejsze wizje rykoszetu zaklęcia, wywołujące obrzydliwą gulę w gardle. Oczywistym było, że wolał te pierwsze, ale niepokój wręcz zżerał go od środka. Jak zatem nie miał o szukać od razu po tym, jak zamknął sklep?
Gdy Baldur otworzył mu drzwi, dla niepoznaki zapytał go zarówno o Castiela, jak i Cynthię, dzięki czemu dowiedział się, że jedno z nich jest w pracy w szpitalu, a drugie w swoim gabinecie. Zresztą najmłodszy z Flintów szybko go zbył, chyba niepocieszony, że mu w czymś przerwano.
Odnalazł tę klitkę, którą Cas zdawał się nazywać swoim gabinetem i zapukał do drzwi, poprawiając torbę na ramieniu, która wyjątkowo mocno mu ciążyła, przepełniona po brzegi różnymi – w jego mniemaniu potrzebnymi – przedmiotami. Usłyszał przytłumiony głos, odczuwając ulgę na fakt, że najwyraźniej nic mu się nie stało i znajdował się w ferworze pracy. Sekundę później drzwi otworzyły się.
Castiel wyglądał… bardziej jakby dopiero podniósł się z łóżka, niż spędził pół dnia na pracy. Pogniecione ubrania, rozczochrane włosy, mrugające w zdziwieniu oczy i zaróżowione policzki. Uśmiechnął się na jego widok. Upuścił na ziemię torbę, tą samą ręką obejmując go w pasie, gdy ten przyciągnął go do pocałunku. W tym miejscu mieli więcej swobody, na którą nie mogli sobie pozwolić dzień wcześniej, spacerując po Londynie. Aż kusiło, by rozpiąć mu tę bezużyteczną koszulę. Smakował kawą, a wokół pachniało morzem, najwyraźniej znajdowało się gdzieś za oknem, ale Fergus nie mógł stwierdzić, bo nie zdążył rozejrzeć się po pomieszczeniu.
- Najpierw sam się na mnie rzucasz, a potem mnie upominasz? – zaśmiał się, gdy odsunęli się od siebie i miał chwilę, by zwrócić uwagę na miejsce pracy Castiela. Panował tu istny chaos, który skupiał się wokół artefaktu ustawionego na biurku. Przedmiot przyciągał wzrok, przez moment nie mógł oderwać od niego oczu jak zahipnotyzowany, ale słowa Flinta wyrwały go z tego odrętwienia niemal natychmiast.
- Jeśli uważasz, że nie powinienem tu być, mogę pójść – odparł, a w jego głosie dało się usłyszeć nutę zawodu. Mimo to cofnął się dwa kroki i sięgnął po swoją torbę, wyciągając z niej zawiniątko w papierowej torbie i butelkę soku dyniowego. – Przyniosłem ci coś do jedzenia – dodał, podając mu kanapki i napój. Tak mu się wydawało, że Castiel mógł zapomnieć o tym, żeby się posilić, kiedy skupił się na tłumaczeniu tekstów z zaklęciami. I nawet jeśli Flint poprosiłby go, żeby teraz wyszedł, by go nie rozpraszać, cieszyłby go sam fakt, że do niego zajrzał.