Pewnie nie trzeba było być żadnym legilimentą, żadnym aurowidzem – wystarczyło mieć oczy i ruszyć głową, by dostrzec, że Victoria jest w fatalnym nastroju. Beznadziejnej kondycji psychicznej; ta zwykle opanowana kobieta, skrywająca emocje przed światem, nakładającą grubą, choć piękną maskę obojętności i płaszcz rzucający fałszywe cienie, dzisiaj tutaj i teraz pokazywała się taką, jaka była naprawdę. Smutna. Niepewna. Rozgoryczona. Przestraszona. Gdzieś ta jej siła i pewność siebie uleciały wraz z wiatrem, który przywiewał tutaj fale z szumem rozbijające się o brzeg. Może faktycznie można było to połączyć, jej nastrój, z Perłą Morza i tym, co się na niej stało. Prawie tam wszyscy zginęli, zagarnięci przez czarnomagiczne zaklęcie wikłające ich w pętlę czasu, w historię, która rozgrywała się na ich oczach. Smutną historię… Ludzie stracili tam życie i tracili kolejni co kilka lat. To powinno ja smucić, prawda? Lecz to nie dlatego ocierała łzy, nie dlatego pociągała nosem, to nie to wspomnienie widziała przed oczami, a coś, co – jak sądziła – już od bardzo dawna należało do przeszłości… Jak mogła o tym zapomnieć?
Były rzeczy, które zostawały w człowieku na długo, do końca, odzywały się w najmniej odpowiednim momencie…
To tych poległych na Perle powinna wspominać, a nie te duchy sprzed półtora roku. Śmierci, nie bal zaręczynowy, który nie miał już żadnego znaczenia…
To nie o pracę chodziło. Nie o to, że kilka dni temu znalazła się na statku w bezpośrednim zagrożeniu życia. Nie o to, że to już kolejny raz w ciągu półtora miesiąca, ledwo wyślizgnęła się ramionom śmierci. Powinno to robić na niej wrażenie…ale nie robiło. Po prostu wszystkie te problemy, które dźwigała, w końcu ją przeciążyły.
Victoria upada pod krzyżem po raz… który?
Wyraźnie drgnęła, słysząc głos Caina tuż za sobą. Nieco pospiesznie otarła oczy, już nie dając sobie czasu na zdziwienie, że w ogóle łzawi, ale nie chciała, by ją taką oglądał. Nie chciała, by ktokolwiek ją taką oglądał – to nic, że przecież musiał to widzieć, gdy się do niej zbliżał. Musiał widzieć jej minę, spojrzenie i ten głęboki smutek i ból… Ale nie domyślał się jego źródła.
– Tak… mi też – powiedziała cicho i odchrząknęła, czując, że ma ściśnięte gardło. Nie spodziewała się, że Cain za chwilę położy dłoń na jej ramieniu. Była ubrana przepisowo, w czerń, spodnie, długi rękaw koszuli, munduru… A i tak pewnie można było poczuć chłód gdzieś tam przebijający się przez ubranie. – Mam bardzo parszywy tydzień – nie mówiła głośno i był to też jeden z nielicznych przypadków, kiedy się na coś skarżyła. A wydarzenia związane z Perłą Morza to był tylko wystający z wodnej toni wierzchołek góry lodowej. Tak naprawdę to nie tydzień miała parszywy, a miesiąc. Dwa miesiące już właściwie… ale to zwłaszcza ten tydzień dał jej w kość. Nie miała siły już nawet robić dobrej miny do złej gry.