Korytarz w podziemiach Opery Paryskiej był miejscem mrocznym, tajemniczym i pełnym napięcia. Było to wąskie przejście, oświetlone tylko migoczącymi płomieniami pochodni, które rzucały długie cienie na ściany. Kamienne ściany były zimne i wilgotne, a z sufitu zwisały pajęczyny, nadając miejscu ponurego i opuszczonego wyglądu. Powietrze było ciężkie i stęchłe, co utrudniało oddychanie, ale pomimo obecności wody tuż za metalową, rzeźbioną kratą, zamkniętą na kłódkę.
— Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem, wielkim lasem szedłem, nocy nie przespałem, żeby ciebie spotkać w małym kącie świata, żeby z tobą zostać na calutkie lata — Erik usłyszał męskie nucenie po drugiej stronie zbiornika wodnego. Mężczyzna fałszował tak strasznie, że można było odnieść wrażenie, że próbuje torturować same dźwięki. Jego głos był chrapliwy i piskliwy, skacząc niekontrolowanie pomiędzy tonacjami. Wysokie nuty były krzykiem, który przenikał przez uszy jak ostrze, natomiast niskie brzmiały jak stłumione pomruki. Wszystko to było przeplatane niezręcznymi przerwami, jakby zapominał słów lub nie mógł złapać oddechu. Zaraz po nim inny głos.
— Zamknij ryj.
Podziemny zbiornik wodny, otoczony ciemnością i tajemnicą. Woda w jeziorze była spokojna, ale jej głębia i nieprzejrzystość budziły lęk. Brzegi jeziora jednak nie były pokryte śliskimi kamieniami, ale nad wodą unosiła się lekka mgiełka, która dodawała miejscu eterycznego i niemalże nierealnego charakteru. Od jeziorka tchnęło chłodem, lecz... Wydawało się dziwnie świeże.