25.06.2024, 11:06 ✶
Słuchał jej z uwagą, nieświadom zupełnie procesów i wspomnień kłębiących się w toczonej zgnilizną i rozkładem główce. Słuchał jej z przyjemnością, bo nie często trafiało się na czarodzieja, który by nie tylko czas poświęcał sztuce, ale i miał zakres słownictwa pozwalający mu się o niej wypowiadać. Choć dobierał do bukietu swojego kręgu najbliższych znajomych ludzi o różnych umiejętnościach, na liście jego priorytetów nie leżała ów zdolność najwyżej, toteż z przyjemnością podjął temat, pozwalając sobie pławić się w zaskoczeniu tym, jak młoda artystka sprawnie popisuje się przed nim pragnieniem posiadania gustu, który z oczywistych względów w tak młodym wieku nie mógł być jeszcze jakkolwiek wyrobiony.
– Wszystko co mówisz, jest prawdą. Mizerny rzemieślnik na scenie może zabić dzieło, lecz czy nas z niego w ten sposób ograbia? Wszak dzieło funkcjonuje poza nim, podobnie jak funkcjonuje w oderwaniu od swego twórcy. Oni umrą, a dzieło pozostanie. Z drugiej strony jednak, jeśli trafisz na artystę, który dzieło bierze w siebie i przez siebie, który staje się narzędziem w rękach dzieła... Doświadczenie absolutu jest wtedy na wyciągnięcie ręki. Bowiem temu co wytworzy nasz umysł brak jednej kluczowej ingrediencji. Brakuje temu oddechu. A gdy trafisz na aktora, na muzyka, który nie przywdziewa maski, a jest rolą, muzyką, którą gra, wtedy oddychasz razem z nim, w spokoju i wzburzeniu, odprężeniu i napięciu... falami. Wtedy warsztat schodzi na dalszy tor, kiedy rumieniec pali policzki, łza szkli oko, a Ty nie potrafisz myśleć o niczym innym jak o wrażeniu w tkance rzeczywistości, którą oddychaliście razem. To odebrane jest czytelnikom, a jeśli nigdy tego nie doświadczyłaś... – tu uśmiechnął się lekko, samemu uciekając do teatralnych nocy urządzanych w sali wspólnej domu kruka, gdy z zapałem prezentowali klasykow, śmiejąc się, dokuczając sobie, punktując przejęzyczenia. Lecz przyszła w końcu taka noc, bezksiężycowa, magiczna, w której zrozumiał siłę teatru i słowa, kiedy słowa cudze wypowiedziane ustami przyjaciela wypaliły się w umyśle na zawsze. – Jeszcze przyjdzie taki czas. Z doświadczeniem, nie pozbawiaj się go z powodu kilku wcześniej doznanych nieprzyjemności – mówili o sztuce wciąż? Choć słowa niosły ze sobą biel dusznej magnolii, słodki zapach flirtu, choć było to wszystko niepoparte gestami, spojrzeniami, ocenianiem twarzy, sylwetki.
Anthony zajął swoje miejsce i pogrążył się w lekturze, nie zamierzając przeszkadzać jej w tej samej aktywności, choć najwidoczniej niewiasta zamierzała kontynuować rozmowę. Czy i ona odczuwała głód za taką właśnie wymianą myśli? Przez moment przyszła mu refleksja, że może to pułapka, a panna na wydaniu bada grunt bogatego wdowca, bo mimo różnicy wieku wciąż pieniądze skutecznie wygładzały twarz. Zwłaszcza jej ostatnie pytanie sugerowało wiele, a przecież Coriolanus miał wiele więcej warstw niż samotność.
– Cóż... wolę być sługą, lecz na swój własny sposób, niż panować na cudzą modłę – sparafrazował, odchylając się ku niej i brodę swoją podpierając o oparto o podłokietnik rękę. Druga dłoń w spokoju leżała na rozwartej książce, opuszki palców delikatnie gładziły stronnice szukając rozluźnienia w ostrzegawczym napięciu. Nie było nic sroższego w świecie, niż zawiedziona próżność niewieścia, a szkoda by mu było tak mile rozpoczętą znajomość sprowadzać na jałowe tory udawanego romansu. Robił to wcześniej, pokazując się na balach z trzpiotkami wyzbytymi charakteru, ale jej nie zamierzał klasyfikować w tej materii. Nie po jej występie, po bólu, którym się z nim podzieliła.
– Od dziecka fascynuje mnie środowisko rzymskiego imperium. Gloria i pycha, wzrost i upadek, który teraz możemy szkiełkiem i okiem badacza śledzić w najdrobniejszym detalu. Uniwersalność dziejów tego państwa znajduje dla mnie odbicie w uniwersalności Coriolanusa. Postać bohatera, który odnajduje w sobie mimo wszystko szlachetne serce, który oddaje życie w imię swoich wartości, w rozczarowaniu światem, ale nie w rozczarowaniu sobą... Jest w tej opowieści coś uwodzącego. Droga, która choć zdaje nam się taka nieżyciowa, nieprawdopodobna, uczyniłaby świat zdecydowanie lepszym miejscem.
– Wszystko co mówisz, jest prawdą. Mizerny rzemieślnik na scenie może zabić dzieło, lecz czy nas z niego w ten sposób ograbia? Wszak dzieło funkcjonuje poza nim, podobnie jak funkcjonuje w oderwaniu od swego twórcy. Oni umrą, a dzieło pozostanie. Z drugiej strony jednak, jeśli trafisz na artystę, który dzieło bierze w siebie i przez siebie, który staje się narzędziem w rękach dzieła... Doświadczenie absolutu jest wtedy na wyciągnięcie ręki. Bowiem temu co wytworzy nasz umysł brak jednej kluczowej ingrediencji. Brakuje temu oddechu. A gdy trafisz na aktora, na muzyka, który nie przywdziewa maski, a jest rolą, muzyką, którą gra, wtedy oddychasz razem z nim, w spokoju i wzburzeniu, odprężeniu i napięciu... falami. Wtedy warsztat schodzi na dalszy tor, kiedy rumieniec pali policzki, łza szkli oko, a Ty nie potrafisz myśleć o niczym innym jak o wrażeniu w tkance rzeczywistości, którą oddychaliście razem. To odebrane jest czytelnikom, a jeśli nigdy tego nie doświadczyłaś... – tu uśmiechnął się lekko, samemu uciekając do teatralnych nocy urządzanych w sali wspólnej domu kruka, gdy z zapałem prezentowali klasykow, śmiejąc się, dokuczając sobie, punktując przejęzyczenia. Lecz przyszła w końcu taka noc, bezksiężycowa, magiczna, w której zrozumiał siłę teatru i słowa, kiedy słowa cudze wypowiedziane ustami przyjaciela wypaliły się w umyśle na zawsze. – Jeszcze przyjdzie taki czas. Z doświadczeniem, nie pozbawiaj się go z powodu kilku wcześniej doznanych nieprzyjemności – mówili o sztuce wciąż? Choć słowa niosły ze sobą biel dusznej magnolii, słodki zapach flirtu, choć było to wszystko niepoparte gestami, spojrzeniami, ocenianiem twarzy, sylwetki.
Anthony zajął swoje miejsce i pogrążył się w lekturze, nie zamierzając przeszkadzać jej w tej samej aktywności, choć najwidoczniej niewiasta zamierzała kontynuować rozmowę. Czy i ona odczuwała głód za taką właśnie wymianą myśli? Przez moment przyszła mu refleksja, że może to pułapka, a panna na wydaniu bada grunt bogatego wdowca, bo mimo różnicy wieku wciąż pieniądze skutecznie wygładzały twarz. Zwłaszcza jej ostatnie pytanie sugerowało wiele, a przecież Coriolanus miał wiele więcej warstw niż samotność.
– Cóż... wolę być sługą, lecz na swój własny sposób, niż panować na cudzą modłę – sparafrazował, odchylając się ku niej i brodę swoją podpierając o oparto o podłokietnik rękę. Druga dłoń w spokoju leżała na rozwartej książce, opuszki palców delikatnie gładziły stronnice szukając rozluźnienia w ostrzegawczym napięciu. Nie było nic sroższego w świecie, niż zawiedziona próżność niewieścia, a szkoda by mu było tak mile rozpoczętą znajomość sprowadzać na jałowe tory udawanego romansu. Robił to wcześniej, pokazując się na balach z trzpiotkami wyzbytymi charakteru, ale jej nie zamierzał klasyfikować w tej materii. Nie po jej występie, po bólu, którym się z nim podzieliła.
– Od dziecka fascynuje mnie środowisko rzymskiego imperium. Gloria i pycha, wzrost i upadek, który teraz możemy szkiełkiem i okiem badacza śledzić w najdrobniejszym detalu. Uniwersalność dziejów tego państwa znajduje dla mnie odbicie w uniwersalności Coriolanusa. Postać bohatera, który odnajduje w sobie mimo wszystko szlachetne serce, który oddaje życie w imię swoich wartości, w rozczarowaniu światem, ale nie w rozczarowaniu sobą... Jest w tej opowieści coś uwodzącego. Droga, która choć zdaje nam się taka nieżyciowa, nieprawdopodobna, uczyniłaby świat zdecydowanie lepszym miejscem.