25.06.2024, 11:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.06.2024, 11:57 przez Anthony Shafiq.)
– Znasz odpowiedź – padło krótkie, gdy Morpheus zapytał o towarzyszenie. Nie wstydził się bynajmniej towarzyszenia kogoś w obrządku ochronnym. Ciężko uchodzić za zabobonnego, gdy świat spowijała magia, bogowie maczali swoje palce w świecie śmiertelnych, a zwyczaje uznawane za przesądne były wszak realnym uziemianiem energii i zaklinaniem szczęścia w ich rzeczywistości. Anthony nie uważał siebie za osobę wybitnie pobożną, konwen i współpracę z nim traktował bardzo mechanicznie, jako narzędzie budowania własnej marki i popularności, ewentualnie sposób na to, by realnie wpłynąć na kształt czegoś, co pomimo jego śmierci będzie trwało nadal. Teraz jednak, chciał roztoczyć ochronną aurę wokół swego domostwa, nie dla siebie nawet, a swoich najbliższych, którzy dość często zaczęli gościć w jego skromnych progach.
Wróżba zaniepokoiła go, zamiast przynieść ulgę. Porada o tym, aby nie tracić nadziei sugerowała, że byłyby powody aby jednakowoż pozwolić sobie na jej umniejszenie. To nie było mgliste przeczucie, był pewien, że chodzi o sprawę, która najbardziej go wypalała, o pragnienie, z którym zasypiał płytkim snem i budził się jak pielgrzym na pustkowiu. Osamotnienie nigdy nie było bardziej dotkliwe i choć dwa dni temu zadziało się spotkanie, które być może zainicjowało proces zmian, droga pozostawała długa, a krzewy wątpliwości i lęków gęste latami zaniedbań. Był głupcem, zastanawiając się co mogłoby spowodować brak nadziei, skoro natłok racjonalizowanych emocji gasił ją z każdym rozbłyskiem wątpliwości.
– Och to dobrze, że mówisz bo dzisiaj właśnie... – mam spotkanie z Erikiem przed jarmarkiem, wiesz idziemy na herbatę pierwszy raz odkąd zrozumiałem, że życie bez niego jest jałową, wysuszoną z wszelkiej radości i smaku egzystencją i szalenie się martwię, że jest już za późno na to, aby liczyć jakkolwiek na jego wzajemność - zdanie dokończyło się samo w jego głowie, w ciszy, która nastała, w ciężkiej guli więżącej gardło. Odchrząknął. – ...znów nie mogłem przyzwać ręcznika pstryknięciem palcami. Zaczynałem zastanawiać się, czy ta cała kambodżańska sprawa miała jakikolwiek sens. Oczywiście poza tym, że w Anglii będzie szansa na posiadanie zapasu leków i wymianę myśli magimedycznej, zwiedzenie wykopalisk i tak dalej i tak dalej. – Łatwo kłamało się tłumom, zdecydowanie trudniej przyjacielowi. Czuł ciężar na sercu, wiedział, że musi w końcu nastąpić ten moment, żeby mu powiedzieć, na co jednak mieszać w głowie Somni, skoro to nie było nic pewnego, skoro może za parę godzin Erik znów zacznie przepraszać go za pijany rajd do Little Hangleton, pozbawiając go szczątek radości tego, by być czyjąś ucieczką w godzinie żałości. By być jego ucieczką, wtedy, gdy nikt i nic innego nie jest w stanie pomóc.
Podniósł się nie kończąc posiłku i przeszedł więc do rytuału, który miał zapewnić domostwu bezpieczeństwo. Cały poranek wspólnie spędzony z przyjacielem natchnął go do tego, by skupić się na tym co ważne, na energii płynącej w ziemi, która tylko powierzchownie była skażona wisielczym lasem i mglistą depresją oplatającą nizinę. Wziął świecę dostarczoną przez Norę Figg i w milczeniu odpalił ją, choć umysł powtarzał słowa modlitwy do boginii Matki. Tkał słowa, a one wraz z dymem unosiły się do nieboskłonu, szukając boskich nozdrzy. Zaraz potem z metalowego puzderka wyciągnął dwa zwinięte ze sobą loki, jeden rozjaśniony słońcem, wpadający w blond, a drugi czarny, gęstszy w strukturze i skręcie. Przewiązane czerwoną nicią nie doczekały się komentarza ni wyjaśnień, ale Anthony czuł w swoich trzewiach, że dopiero wtedy rytuał będzie kompletny, nie jedno ciała, a dwa głosy, nie dwie, a jedna dusza.
Wraz ze świecą i włosami wyruszył w pielgrzymkę po swoim domu, nadpalając kawałki ich istnienia, oddając siebie i tych których uważał za domowników w ofiarę i pod opiekę.
– Domina nostra, Mediatrix nostra, Advocata nostra, Consolatrix nostra. – mruczał pod nosem, a przechadzając od kąta w kolejny kąt nucił antyfony ku czci Matki, te w których magowie pokpiwali z chrześcijan, zaszywając pogańską numerologię ku czci nie tej boginii, którą chciały oddane Maryi gardła wychwalać. Zapach drażnił go, ale to dobrze, miał być usłyszany, wyczuty pośród woni ofiarnych świec. – W trójjedni Matko przyjmij ofiarę z tego płomienia, z dusz naszych, przyjmij ofiarę z tego chleba ku czci Twojej upieczonego, spójrz łaskawym okiem na mieszkańców i gości tego domu i ustrzeż ich od niepowodzenia i śmierci, ustrzeż ich od zagłady i zapomnienia. – Cztery kąty, a piąty ochronnego pentagramu domknął symbol w kuchni z której Anthony wyruszył, przy niewielkim złocistym ołtarzyku przedstawiającą kobietę, pod której stopami lśnił księżycowy sierp. Ustawił przy niej gromnicę, złożył chleb, zapalił kadzidła mające pokryć swoim lepem swąd palonych włosów. Następnie położył kciuk na krańcu sierpu i przebił skorę, a znakiem przymierza, krew rozsmarował na złocistej piersi figurki.
– Położony jestem na sercu Twoim, jak pieczęć na sercu Matko. Nie zapomnij nas, jak my nie zapominamy o Tobie. Ku chwale Twojej będziemy śpiewać pieśni, rzewnymi łzami obmywać Twe troski. Spójrz przychylnie Pani na swoje dzieci w godzinie próby.
Wróżba zaniepokoiła go, zamiast przynieść ulgę. Porada o tym, aby nie tracić nadziei sugerowała, że byłyby powody aby jednakowoż pozwolić sobie na jej umniejszenie. To nie było mgliste przeczucie, był pewien, że chodzi o sprawę, która najbardziej go wypalała, o pragnienie, z którym zasypiał płytkim snem i budził się jak pielgrzym na pustkowiu. Osamotnienie nigdy nie było bardziej dotkliwe i choć dwa dni temu zadziało się spotkanie, które być może zainicjowało proces zmian, droga pozostawała długa, a krzewy wątpliwości i lęków gęste latami zaniedbań. Był głupcem, zastanawiając się co mogłoby spowodować brak nadziei, skoro natłok racjonalizowanych emocji gasił ją z każdym rozbłyskiem wątpliwości.
– Och to dobrze, że mówisz bo dzisiaj właśnie... – mam spotkanie z Erikiem przed jarmarkiem, wiesz idziemy na herbatę pierwszy raz odkąd zrozumiałem, że życie bez niego jest jałową, wysuszoną z wszelkiej radości i smaku egzystencją i szalenie się martwię, że jest już za późno na to, aby liczyć jakkolwiek na jego wzajemność - zdanie dokończyło się samo w jego głowie, w ciszy, która nastała, w ciężkiej guli więżącej gardło. Odchrząknął. – ...znów nie mogłem przyzwać ręcznika pstryknięciem palcami. Zaczynałem zastanawiać się, czy ta cała kambodżańska sprawa miała jakikolwiek sens. Oczywiście poza tym, że w Anglii będzie szansa na posiadanie zapasu leków i wymianę myśli magimedycznej, zwiedzenie wykopalisk i tak dalej i tak dalej. – Łatwo kłamało się tłumom, zdecydowanie trudniej przyjacielowi. Czuł ciężar na sercu, wiedział, że musi w końcu nastąpić ten moment, żeby mu powiedzieć, na co jednak mieszać w głowie Somni, skoro to nie było nic pewnego, skoro może za parę godzin Erik znów zacznie przepraszać go za pijany rajd do Little Hangleton, pozbawiając go szczątek radości tego, by być czyjąś ucieczką w godzinie żałości. By być jego ucieczką, wtedy, gdy nikt i nic innego nie jest w stanie pomóc.
Podniósł się nie kończąc posiłku i przeszedł więc do rytuału, który miał zapewnić domostwu bezpieczeństwo. Cały poranek wspólnie spędzony z przyjacielem natchnął go do tego, by skupić się na tym co ważne, na energii płynącej w ziemi, która tylko powierzchownie była skażona wisielczym lasem i mglistą depresją oplatającą nizinę. Wziął świecę dostarczoną przez Norę Figg i w milczeniu odpalił ją, choć umysł powtarzał słowa modlitwy do boginii Matki. Tkał słowa, a one wraz z dymem unosiły się do nieboskłonu, szukając boskich nozdrzy. Zaraz potem z metalowego puzderka wyciągnął dwa zwinięte ze sobą loki, jeden rozjaśniony słońcem, wpadający w blond, a drugi czarny, gęstszy w strukturze i skręcie. Przewiązane czerwoną nicią nie doczekały się komentarza ni wyjaśnień, ale Anthony czuł w swoich trzewiach, że dopiero wtedy rytuał będzie kompletny, nie jedno ciała, a dwa głosy, nie dwie, a jedna dusza.
Wraz ze świecą i włosami wyruszył w pielgrzymkę po swoim domu, nadpalając kawałki ich istnienia, oddając siebie i tych których uważał za domowników w ofiarę i pod opiekę.
– Domina nostra, Mediatrix nostra, Advocata nostra, Consolatrix nostra. – mruczał pod nosem, a przechadzając od kąta w kolejny kąt nucił antyfony ku czci Matki, te w których magowie pokpiwali z chrześcijan, zaszywając pogańską numerologię ku czci nie tej boginii, którą chciały oddane Maryi gardła wychwalać. Zapach drażnił go, ale to dobrze, miał być usłyszany, wyczuty pośród woni ofiarnych świec. – W trójjedni Matko przyjmij ofiarę z tego płomienia, z dusz naszych, przyjmij ofiarę z tego chleba ku czci Twojej upieczonego, spójrz łaskawym okiem na mieszkańców i gości tego domu i ustrzeż ich od niepowodzenia i śmierci, ustrzeż ich od zagłady i zapomnienia. – Cztery kąty, a piąty ochronnego pentagramu domknął symbol w kuchni z której Anthony wyruszył, przy niewielkim złocistym ołtarzyku przedstawiającą kobietę, pod której stopami lśnił księżycowy sierp. Ustawił przy niej gromnicę, złożył chleb, zapalił kadzidła mające pokryć swoim lepem swąd palonych włosów. Następnie położył kciuk na krańcu sierpu i przebił skorę, a znakiem przymierza, krew rozsmarował na złocistej piersi figurki.
– Położony jestem na sercu Twoim, jak pieczęć na sercu Matko. Nie zapomnij nas, jak my nie zapominamy o Tobie. Ku chwale Twojej będziemy śpiewać pieśni, rzewnymi łzami obmywać Twe troski. Spójrz przychylnie Pani na swoje dzieci w godzinie próby.
Koniec sesji