Najpierw wizja była przyjemna. Oto mijali go kudłaci przyjaciele. Czworonożna rodzina, odwieczni towarzysze i powiernicy sekretów ludzkości. Następnie ci, którzy nosili dar przemiany w zwierzę. Jednak to zwiastowało nadejście jeszcze jednej bestii. Wraz z wydechem z ust uciekło przerażone: Erik.
Była tylko jedna rzecz na świecie, która przerażała go bardziej, niż śmierć bliskich, a mianowicie utrata swojego trzeciego oka. A teraz Erik, Erik w blasku słońca, w blasku księżyca, polował na niego.
Morpheus nie był już człowiekiem, a jedynie cichym cieniem, znikającym między mrocznymi zaułkami. Kiedyś te uliczki były pełne życia, teraz są świadkami jego ucieczki, pulsującej w rytmie nieustającego strachu. Szept nocnego wiatru przynosił ze sobą wspomnienia dawnych czasów, gdy miasto tętniło życiem. Teraz jego kroki były jedynym dźwiękiem, jaki rozbrzmiewa w tej kamiennej pustce. Każdy odgłos stawał się echem, które drży w powietrzu jak modlitwa do zapomnianych bogów. Czuł na sobie wzrok bestii, gdy biegł, gdy ich stopy wybijały ten sam rytm. To spojrzenie, niczym niewidzialne macki, przeszywało jego duszę i ciało. Jest zwierzyną w niekończącym się polowaniu, a łowca – bezlitosny i nieubłagany – biegł za nim. Każdy krok przesiąknięty desperacją, każda myśl to tylko jedno: przetrwać.
Londyn w swej mrocznej chwale staje się jego więzieniem. Kamienne mury, które kiedyś dawały poczucie bezpieczeństwa, teraz zdają się go ściskać, ograniczać, zamykać. Powietrze jest gęste, przesycone wilgocią i niewypowiedzianym lękiem. Mroźna mgła opada na miasto jak zasłona, kryjąc jego ruchy przed oczyma prześladowcy. Lecz nie przed jego węchem. Był zgubiony, zgubiony. I prawie zaczął szukać drogi do Praw Czasu. Do domu.