25.06.2024, 20:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.06.2024, 22:10 przez The Lightbringer.)
Za sceną
Jim powiódł spojrzeniem od Flynna do Laurenta, i z powrotem. Nagle poczuł się zagubiony. Chcesz mnie ocalić, prawda?, słyszał w uchu szept Diany, która czekała na niego w obskurnym motelu, w sypialni z czerwoną tapetą. Tak, pomyślał rozpaczliwie, ale nie był w stanie się poruszyć.
– Musisz mu coś dać? – powtórzył z powątpiewaniem. Ale że dać w mordę, pytała lekko uniesiona brew mężczyzny, czy…? Pośród blond włosów Jima migotało więcej iskier niż zazwyczaj – otaczały jego głowę ognistym halo rodem ze świętych ikon – drobinki żaru wciąż unosiły się w powietrzu dookoła cyrkowca, świadcząc o niedawnym wzburzeniu. Patrzył przez chwilę na Flynna swoimi wielkimi, nierozumiejącymi oczami.
Uderz mnie, szeptała Diana.
Gdziekolwiek się udał, Jim zostawiał za sobą zgliszcza.
Kiedy był chłopcem, jego gniew potrafił palić wioski. Potęga destrukcyjnego żywiołu nigdy nie powinna się znaleźć w rękach dziecka, które nie kontroluje swej mocy. Czasem wciąż śnił, jak ogląda się przez ramię, a w oddali dostrzega wątłą smużkę dymu. Budził się wtedy z sercem bijącym głośniej niż kościelny dzwon: wspomnienie było tak żywe, że nieomal czuł swąd dymu.
Jako młodzieniec wciąż miał w sobie wiele gniewu – ten jarzył się w jego oczach, tlił się niebezpiecznie pod skórą, liżąc żyły, i czekał – czekał, by buchnąć płomieniem, pożerając wszystko dookoła. Agresja była czymś, co Jim rozumiał, sam będąc uosobieniem ognia, dlatego na początku była odpowiedzią na wszystko. Dopiero dorastając, Jim zrozumiał, że uciekając przed trawiącą świat pożogą, ucieka tak naprawdę przed samym sobą. Przestał walczyć ze swoją naturą. Zaakceptował klątwę – która przestała być wtedy klątwą, a stała się błogosławieństwem.
Kiedy wkroczył w wiek męski, zawarł pakt: nie z Bogiem, nie z Ogniem, tylko z samym sobą. Gniew Jima dawno już przestał powodować pożary. Laurent mógł widzieć w jego wybuchu niszczycielską pożogę, ale gniew Jima był teraz ledwie odpryskiem żaru niedogaszonego ogniska, tańczącym na wietrze płomieniem świecy, błyskiem zapalniczki, kiedy odpala się papierosa, wyblakłym wspomnieniem Lightbringera, którego znał kiedyś Edge.
Poza najstarszymi cyrkowcami mało kto pamiętał starego Jima – gwałtownego, skorego do zwady, opryskliwego gówniarza, którego dzikość potrafiła poskromić chyba tylko Layla – Jim się zmienił, złagodniał, spokorniał. Flynn wybudzał jednak z uśpienia młodszą wersję Jima – jego porywczość, pochopność, dzikość – jak gdyby wszystkie te lata rozłąki domagały się, by dopełnili przerwanego misterium młodości, zaczynając od miejsca, w którym się rozstali.
Jim uważał się za człowieka wiary, ale czasem nawet on miał dość niewiadomych.
Nie wiedział, co myśleć o dzisiejszym wyznaniu Flynna. Nie wiedział, co myśleć o sytuacji, w której właśnie się znalazł. Nie wiedział, kim był Laurent, ani dlaczego mówi o jakichś ofiarach. Pan Jezus umarł za nas wszystkich na krzyżu, czyniąc z samego siebie najdoskonalszą ofiarę, chciał mu powiedzieć, ale nie sądził, że ten cokolwiek zrozumie, nie po tym, co przed chwilą między nimi zaszło. Nie wiedział, czemu atmosfera w cyrku jest ostatnio dziwnie napięta. Nie wiedział, jak pomóc Dianie, nie wiedział, jak pomóc sobie, nie wiedział, co czuje, ani co powinien zrobić z tymi uczuciami. Nie wiedział, jak w tym tłumie znajdzie tego cholernego dziennikarza, któremu ukradł portfel, ani jak uprosić go, żeby nie obsmarował cyrku w gazecie.
Westchnął.
Wyciągnął rękę w stronę pustej butelki po wodzie, w zamian oddając Flynnowi pudełko z czekoladkami. Z niechęcią przyjrzał się etykiecie poświadczającej o ateście świętości, po czym zgrabnie ją oderwał, i zmiął.
Odwrócił się w stronę Laurenta, kiedy Flynn ich sobie przedstawił. Milczał. Zmarszczył delikatnie brwi. Przebierał w powietrzu poparzonymi palcami, krzesząc drobniutkie iskierki, kierowany nerwowym odruchem. W słowach blondyna o twarzy anioła czaiła się jakaś pułapka – widział to w jego uśmiechu, słyszał to w jego głosie. Ma dobry głos, ocenił, mógłby śpiewać w chórze. Nie podobał mu się jednak ton chłopaka: ludzie często używali go w rozmowach z Jimem, zazwyczaj wtedy, kiedy wtrącali w swe wypowiedzi jakiś pokrętny żart, innuendo, którego znaczenia nie potrafił zrozumieć.
Dobrze, że dawno już przestał się tym przejmować.
– Poczekaj – zawołał za Laurentem. – Flynn mówi, że chce ci coś dać. Ja też. Dam ci wody, która nie jest skażona przekleństwem, w zamian za tę, którą wylałem. – W oczach Jima zapłonęła determinacja. – A jeżeli nie kpisz sobie, tylko naprawdę chcesz się modlić do Jedynego Boga, mogę też użyczyć ci swojego modlitewnika. – Spojrzał kątem oka na Flynna, jakby chciał się upewnić, czy dobrze udało mu się zinterpretować intencje blondyna. Podniósł do góry dłoń, w której trzymał kulkę papieru – zmiętą etykietę z butelki po fałszywej wodzie święconej – przyczynę całego tego zamieszania. – A z tego możesz sobie zrobić zabawkę dla kota. – Rzucił Laurentowi papier, podrzucając go tak, żeby chłopak mógł go łatwo złapać.
Jim powiódł spojrzeniem od Flynna do Laurenta, i z powrotem. Nagle poczuł się zagubiony. Chcesz mnie ocalić, prawda?, słyszał w uchu szept Diany, która czekała na niego w obskurnym motelu, w sypialni z czerwoną tapetą. Tak, pomyślał rozpaczliwie, ale nie był w stanie się poruszyć.
– Musisz mu coś dać? – powtórzył z powątpiewaniem. Ale że dać w mordę, pytała lekko uniesiona brew mężczyzny, czy…? Pośród blond włosów Jima migotało więcej iskier niż zazwyczaj – otaczały jego głowę ognistym halo rodem ze świętych ikon – drobinki żaru wciąż unosiły się w powietrzu dookoła cyrkowca, świadcząc o niedawnym wzburzeniu. Patrzył przez chwilę na Flynna swoimi wielkimi, nierozumiejącymi oczami.
Uderz mnie, szeptała Diana.
Gdziekolwiek się udał, Jim zostawiał za sobą zgliszcza.
Kiedy był chłopcem, jego gniew potrafił palić wioski. Potęga destrukcyjnego żywiołu nigdy nie powinna się znaleźć w rękach dziecka, które nie kontroluje swej mocy. Czasem wciąż śnił, jak ogląda się przez ramię, a w oddali dostrzega wątłą smużkę dymu. Budził się wtedy z sercem bijącym głośniej niż kościelny dzwon: wspomnienie było tak żywe, że nieomal czuł swąd dymu.
Jako młodzieniec wciąż miał w sobie wiele gniewu – ten jarzył się w jego oczach, tlił się niebezpiecznie pod skórą, liżąc żyły, i czekał – czekał, by buchnąć płomieniem, pożerając wszystko dookoła. Agresja była czymś, co Jim rozumiał, sam będąc uosobieniem ognia, dlatego na początku była odpowiedzią na wszystko. Dopiero dorastając, Jim zrozumiał, że uciekając przed trawiącą świat pożogą, ucieka tak naprawdę przed samym sobą. Przestał walczyć ze swoją naturą. Zaakceptował klątwę – która przestała być wtedy klątwą, a stała się błogosławieństwem.
Kiedy wkroczył w wiek męski, zawarł pakt: nie z Bogiem, nie z Ogniem, tylko z samym sobą. Gniew Jima dawno już przestał powodować pożary. Laurent mógł widzieć w jego wybuchu niszczycielską pożogę, ale gniew Jima był teraz ledwie odpryskiem żaru niedogaszonego ogniska, tańczącym na wietrze płomieniem świecy, błyskiem zapalniczki, kiedy odpala się papierosa, wyblakłym wspomnieniem Lightbringera, którego znał kiedyś Edge.
Poza najstarszymi cyrkowcami mało kto pamiętał starego Jima – gwałtownego, skorego do zwady, opryskliwego gówniarza, którego dzikość potrafiła poskromić chyba tylko Layla – Jim się zmienił, złagodniał, spokorniał. Flynn wybudzał jednak z uśpienia młodszą wersję Jima – jego porywczość, pochopność, dzikość – jak gdyby wszystkie te lata rozłąki domagały się, by dopełnili przerwanego misterium młodości, zaczynając od miejsca, w którym się rozstali.
Jim uważał się za człowieka wiary, ale czasem nawet on miał dość niewiadomych.
Nie wiedział, co myśleć o dzisiejszym wyznaniu Flynna. Nie wiedział, co myśleć o sytuacji, w której właśnie się znalazł. Nie wiedział, kim był Laurent, ani dlaczego mówi o jakichś ofiarach. Pan Jezus umarł za nas wszystkich na krzyżu, czyniąc z samego siebie najdoskonalszą ofiarę, chciał mu powiedzieć, ale nie sądził, że ten cokolwiek zrozumie, nie po tym, co przed chwilą między nimi zaszło. Nie wiedział, czemu atmosfera w cyrku jest ostatnio dziwnie napięta. Nie wiedział, jak pomóc Dianie, nie wiedział, jak pomóc sobie, nie wiedział, co czuje, ani co powinien zrobić z tymi uczuciami. Nie wiedział, jak w tym tłumie znajdzie tego cholernego dziennikarza, któremu ukradł portfel, ani jak uprosić go, żeby nie obsmarował cyrku w gazecie.
Westchnął.
Wyciągnął rękę w stronę pustej butelki po wodzie, w zamian oddając Flynnowi pudełko z czekoladkami. Z niechęcią przyjrzał się etykiecie poświadczającej o ateście świętości, po czym zgrabnie ją oderwał, i zmiął.
Odwrócił się w stronę Laurenta, kiedy Flynn ich sobie przedstawił. Milczał. Zmarszczył delikatnie brwi. Przebierał w powietrzu poparzonymi palcami, krzesząc drobniutkie iskierki, kierowany nerwowym odruchem. W słowach blondyna o twarzy anioła czaiła się jakaś pułapka – widział to w jego uśmiechu, słyszał to w jego głosie. Ma dobry głos, ocenił, mógłby śpiewać w chórze. Nie podobał mu się jednak ton chłopaka: ludzie często używali go w rozmowach z Jimem, zazwyczaj wtedy, kiedy wtrącali w swe wypowiedzi jakiś pokrętny żart, innuendo, którego znaczenia nie potrafił zrozumieć.
Dobrze, że dawno już przestał się tym przejmować.
– Poczekaj – zawołał za Laurentem. – Flynn mówi, że chce ci coś dać. Ja też. Dam ci wody, która nie jest skażona przekleństwem, w zamian za tę, którą wylałem. – W oczach Jima zapłonęła determinacja. – A jeżeli nie kpisz sobie, tylko naprawdę chcesz się modlić do Jedynego Boga, mogę też użyczyć ci swojego modlitewnika. – Spojrzał kątem oka na Flynna, jakby chciał się upewnić, czy dobrze udało mu się zinterpretować intencje blondyna. Podniósł do góry dłoń, w której trzymał kulkę papieru – zmiętą etykietę z butelki po fałszywej wodzie święconej – przyczynę całego tego zamieszania. – A z tego możesz sobie zrobić zabawkę dla kota. – Rzucił Laurentowi papier, podrzucając go tak, żeby chłopak mógł go łatwo złapać.
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić