Zapach spalenizny, ostry i duszący, przypominał nagłe rozstanie. Wnikał głęboko w nozdrza, niósł za sobą wspomnienia innej straty. Przypominał o ogniach, które zniszczyły, o Beltane, chociaż nawet go tam nie było. Swąd, ciemny i ciężki, unoszący się jak mgła nad popiołami, jest jak ponure echo dawnej chwały. W tej samej chwili, w powietrzu rozwinęła się słodka woń kwitnących bzów. Kontrastowała z dusznym ciężarem spalenizny delikatnością swoich kwiatowych nut i dziwnie ją komplementowała. Bzy, pełne życia i obietnicy, przypominały o odradzaniu się. Ich zapach był balsamem, który łagodził palące rany. A jednak, zarówno te łagodne nuty, jak i ostry ogień były w pewnym stopniu ich przeciwnikami. Musieli chronić swojego wroga i zostawić go w trwaniu wieczności.
Tylko rzucił okiem przez ramię, słysząc znajome imię oraz głosy i rozpromienił się, a później krótko, chrapliwie roześmiał, bo dym z palących się truposzów podrażniał mu gardło.
— Millie, lepiej niż katolicki Joshua, nie potrzebowałaś trzech dni — zażartował, odsuwając się od trzeciego truposza z wyraźnym kuśtykaniem. Chociaż małej brygadzistki nie było na Wyspie, infernusy najwidoczniej były jej przeznaczone. — Panno Weasley, jeśli jeszcze raz spotkam panią w towarzystwie morderczych pnączy, uznam, że potrzebuje panienka klątwołamacza. Trzeba chronić Trionę, zróbcie tarczę!
Wykrzyknął jeszcze na końcu. Powitanie i tak było rozległe, ale powinno podnieść im morale. Szczerze cieszył się też na widok Basiliusa i Isaaca. Może to tamten ostatni był przeklęty? W końcu też brał udział w wyrywaniu chwastów u krewniaków Penny. Będzie myślał później nad tym. Na razie jednak...
Zamierzał objąć wszystkie trzy Infernusy, uniesione przez Alexandra ogniem z całą determinacją bólu w kostce, frustracji tego dnia, zmęczeniu wizją, zarówno profetyczną, jak i tą, którą sam stworzył w swojej głowie. Rozmowa z Peregrinusem zdawała mu się eony od tego momentu, gdy łączył ostre ruchy szermierza z miękkością harfisty. Pod innym słońcem, pod innym niebem.
Sukces!
Sukces!