12.07.2024, 22:47 ✶
- Sryliard - była równie szybka, pędziła jak świstoklik, próbując nadgonić za tokiem myślowym Stanleya. Łatwo nie było; nie wiedziała, czy się cieszyć, że taki towar nie ma na nią żadnego wpływu i nie musiała mierzyć się z taką toną urojeń, czy raczej żałować, bo gdyby była na tym samym planie świadomości, co Stachu, może doznaliby wspólnego objawienia.
- Stasiu, królu złoty... Cesarzu jadeitowy - rozpoczęła żałośnie, wstając znowu i rozkładając ręce w niemocy, ale próbując jednak dostosować słownictwo do odjazdu przyjaciela. - Ja wiem... Słuchaj, zdaję sobie sprawę, że słynę z udawania i oszukiwania. Zaufaj mi jednak, że kogo jak kogo, ale ciebie bym nie okłamała - powiedziała, kłamiąc. Nie jakoś wierutnie, przecież przed Borginem nie ukrywałaby bycia poszukiwaną przez Chińską Republikę Ludową, bo przecież w ich towarzystwie to raczej powód do dumy i kolejna naklejka z gatunku "dzielny zbir" do kolekcji. Co najwyżej mogła go oszukiwać na inne błahe tematy, głównie dla jego dobra - na przykład wtedy, kiedy bardzo chciał spróbować jakiegoś zabójczego alkoholu, co by go sponiewierał, a ona wmawiała mu, że to niedobre, a w ogóle jak się wypije, to potem przestaje się czuć smak ogórków. - Nigdy nie byłam w Chinach, przysięgam na moje paprotki i psiankę pieprzową - oświadczyła z jedną ręką na sercu, a z drugą wskazującą na psinkę stojącą dumnie w rogu gabinetu.
Aż musiała usiąść, kiedy oświadczył, że wróg jest u bram. Stwierdziła, że spocznie, bo nie wiedziała, z jakim fenomenem historycznym Borgin zaraz wyjedzie, a biorąc pod uwagę wstęp, istniała szansa, że żenadometr wyjedzie poza skalę i ją zmiecie z nóg. Obejrzała się przez ramię, patrząc na drzwi - może o te bramy mu chodziło? Ktoś pod nimi stał, może Francis? No ale gdzie, przecież osobiście go Stachu prosił, żeby po nią zawołał. To co, z Saurielem się pokłócili? A może ktoś mu podeptał grządki i teraz trzeba będzie typa skrócić o nogi?
- Yin reprezentuje ludzi urodzonych w nieparzystych latach, więc w sumie powinnam być Yin - odpowiedziała zupełnie szczerze, dając się wciągnąć w rozkminę. - Ty się urodziłeś w parzystych, więc jesteś Yang. Swoją drogą, to jest yin i yang, a nie ying i yang. - Skrzywiła się. Jeśli już ma mieć taki odjazd, to niech odstawia tego Chińczyka porządnie. Nie będzie tutaj kaleczył języka ich przodków, jeśli chce się nazywać dowódcą.
- W zasadzie, skoro pozostali członkowie "rady" - tutaj urwała na moment, by zrobić palcami cudzysłów, bo ciężko było określać ich zgraję tak poważnym mianem - wykonują przydzielone im zdania, to czemu uznajesz to za zdradę? - Zagaiła, przechylając głowę. Była szczerze zaciekawiona, czemu uznawał to za niesubordynację, skoro w jego słowie Lorraine robiła to, co zawsze, Sauriel walczył (co prawda nie wiedziała, jak można walczyć z ostrym cieniem mgły, ale Rookwood też nie był do końca normalny), a Rosie... No właśnie, co zrobiła mu Rosie?
Kiedy Francis wszedł, prawie złapała go za rękę. Była milimetr od błagania, żeby ją stąd zabrał, ale powstrzymała się, bo wiedziała, że zostawianie Staszka samego sobie w tym momencie było tragicznym pomysłem. Westchnęła więc głęboko, gotując się na poświęcenie. Ktoś to musiał wyklepać.
Na widok alkoholu zrobiła kwaśną minę - czy pogorszy sprawę? Choć chwilę wcześniej myślała, że sobie da z nim radę tak czy tak, to im dłużej słuchała tych chińskich bajek, tym bardziej zaczęła wątpić w swoje rodzicielskie zdolności. Raczej nie pomoże, pomyślała, więc trzeba było działać szybko. Nie mogła mu tak po prostu powiedzieć, żeby nie pił, bo pieprzy od rzeczy. Nie posłuchałby jej, w końcu teraz był cesarzem z mandatem od niebios, przekonanym o swej nieomylności. Toteż trzeba było Jego Wysokość (oj, był wysoko teraz) podejść sposobem.
- Mój panie, bacz na ten trunek - odezwała się, wyciągając ku niemu otwartą rękę, chcąc powstrzymać go przed wychyleniem alkoholu. - Sam powiedziałeś, że wróg jest u bram. Skąd wiesz, że wódka nie jest zatruta? Pozwól, że ja spróbuję - dzielnie zadeklarowała chęć podstawienia się, udając poważnie przejętą i oddaną sprawie. Co miała innego zrobić? Jeśli nie możesz kogoś pokonać, musisz do niego dołączyć. Takie niedobre, a Mewa pić musi.
- Stasiu, królu złoty... Cesarzu jadeitowy - rozpoczęła żałośnie, wstając znowu i rozkładając ręce w niemocy, ale próbując jednak dostosować słownictwo do odjazdu przyjaciela. - Ja wiem... Słuchaj, zdaję sobie sprawę, że słynę z udawania i oszukiwania. Zaufaj mi jednak, że kogo jak kogo, ale ciebie bym nie okłamała - powiedziała, kłamiąc. Nie jakoś wierutnie, przecież przed Borginem nie ukrywałaby bycia poszukiwaną przez Chińską Republikę Ludową, bo przecież w ich towarzystwie to raczej powód do dumy i kolejna naklejka z gatunku "dzielny zbir" do kolekcji. Co najwyżej mogła go oszukiwać na inne błahe tematy, głównie dla jego dobra - na przykład wtedy, kiedy bardzo chciał spróbować jakiegoś zabójczego alkoholu, co by go sponiewierał, a ona wmawiała mu, że to niedobre, a w ogóle jak się wypije, to potem przestaje się czuć smak ogórków. - Nigdy nie byłam w Chinach, przysięgam na moje paprotki i psiankę pieprzową - oświadczyła z jedną ręką na sercu, a z drugą wskazującą na psinkę stojącą dumnie w rogu gabinetu.
Aż musiała usiąść, kiedy oświadczył, że wróg jest u bram. Stwierdziła, że spocznie, bo nie wiedziała, z jakim fenomenem historycznym Borgin zaraz wyjedzie, a biorąc pod uwagę wstęp, istniała szansa, że żenadometr wyjedzie poza skalę i ją zmiecie z nóg. Obejrzała się przez ramię, patrząc na drzwi - może o te bramy mu chodziło? Ktoś pod nimi stał, może Francis? No ale gdzie, przecież osobiście go Stachu prosił, żeby po nią zawołał. To co, z Saurielem się pokłócili? A może ktoś mu podeptał grządki i teraz trzeba będzie typa skrócić o nogi?
- Yin reprezentuje ludzi urodzonych w nieparzystych latach, więc w sumie powinnam być Yin - odpowiedziała zupełnie szczerze, dając się wciągnąć w rozkminę. - Ty się urodziłeś w parzystych, więc jesteś Yang. Swoją drogą, to jest yin i yang, a nie ying i yang. - Skrzywiła się. Jeśli już ma mieć taki odjazd, to niech odstawia tego Chińczyka porządnie. Nie będzie tutaj kaleczył języka ich przodków, jeśli chce się nazywać dowódcą.
- W zasadzie, skoro pozostali członkowie "rady" - tutaj urwała na moment, by zrobić palcami cudzysłów, bo ciężko było określać ich zgraję tak poważnym mianem - wykonują przydzielone im zdania, to czemu uznajesz to za zdradę? - Zagaiła, przechylając głowę. Była szczerze zaciekawiona, czemu uznawał to za niesubordynację, skoro w jego słowie Lorraine robiła to, co zawsze, Sauriel walczył (co prawda nie wiedziała, jak można walczyć z ostrym cieniem mgły, ale Rookwood też nie był do końca normalny), a Rosie... No właśnie, co zrobiła mu Rosie?
Kiedy Francis wszedł, prawie złapała go za rękę. Była milimetr od błagania, żeby ją stąd zabrał, ale powstrzymała się, bo wiedziała, że zostawianie Staszka samego sobie w tym momencie było tragicznym pomysłem. Westchnęła więc głęboko, gotując się na poświęcenie. Ktoś to musiał wyklepać.
Na widok alkoholu zrobiła kwaśną minę - czy pogorszy sprawę? Choć chwilę wcześniej myślała, że sobie da z nim radę tak czy tak, to im dłużej słuchała tych chińskich bajek, tym bardziej zaczęła wątpić w swoje rodzicielskie zdolności. Raczej nie pomoże, pomyślała, więc trzeba było działać szybko. Nie mogła mu tak po prostu powiedzieć, żeby nie pił, bo pieprzy od rzeczy. Nie posłuchałby jej, w końcu teraz był cesarzem z mandatem od niebios, przekonanym o swej nieomylności. Toteż trzeba było Jego Wysokość (oj, był wysoko teraz) podejść sposobem.
- Mój panie, bacz na ten trunek - odezwała się, wyciągając ku niemu otwartą rękę, chcąc powstrzymać go przed wychyleniem alkoholu. - Sam powiedziałeś, że wróg jest u bram. Skąd wiesz, że wódka nie jest zatruta? Pozwól, że ja spróbuję - dzielnie zadeklarowała chęć podstawienia się, udając poważnie przejętą i oddaną sprawie. Co miała innego zrobić? Jeśli nie możesz kogoś pokonać, musisz do niego dołączyć. Takie niedobre, a Mewa pić musi.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —