Morpheus zmarszczył zabawnie nos. Robaki obrzydzały go niezmiernie, ich oślizgłe, wijące się ciała powodowały u niego torsje. Żył swoje życie nie myśląc o tym, że istnieją i są zawsze gdzieś w jego otoczeniu. Mogły być niezbędne daleko od niego, poza tym on był zbyt piękny na rozkład. Zachichotał na tę myśl na głos, szybko zaś przeszło to w rozbawiony rechot, którego nie mógł opanować przez dłuższą chwilę. Był pijany i to dość mocno. Alkohol uderzał do głowy szybciej, niż by tego chciał, na dodatek dręczyły go inne myśli. Morpheusie. Znajomy nieznajomy głos próbował się przedrzeć w jego wizje. Nie. Nie teraz. Nie mógł się teraz rozkleić. Dlatego utkwił wzrok w przyszłości kogoś innego. Samuela. Tak, jego proste życie i proste problemy.
— Spójrzmy jeszcze raz. Może coś przeoczyłem... A propos tych problemów. Zdecydowanie lepsze są małe problemy niż te duże. Małe można rozwiązać, a tamte tylko pęcznieją i rosną i gdy pękają, zalewają... Czymś.
Skrzydła (wiadomość)
— Widzę skrzydła. Jakąś wiadomość. Czekają cię jakieś nowiny. Oby jednak nie były tymi małymi problemami.
Morpheus uśmiechnął się krzywo, odsłaniając zęby, nie lubił wróżyć z symboli, ale tak często to robił, bo były wszędzie. Omeny, zwiastuny. To przychodziło do niego samo, bez udziału jego umysłu. Widział znaki w kamieniach, w układzie piór i w prądach rzeki. Paskudne błogosławieństwo.