Jak wiele trzeba przegrać w swoim życiu, żeby trafić na dwóch wariatów? Jeden z problemami emocjonalnymi, nie potrafiący przestać się majdać między wszystkim, co chciał zachować. Z problemami z narkotykami, z samym sobą, ze skłonnościami autodestrukcji i teraz drugi, który był tak tępy, żeby nawet nie zrozumieć, że właściwie jest obrażany. Dlatego, że Laurent chciał? Bogowie (jacykolwiek, nawet Ty, Boże Jedyny, coś wielbiony jest przez Jima!) - Prewett powiedziałby, że to wcale nie tak, że jest mu przykro, że nie chciał! Tak, powiedziałby tak i czułby się źle z tym, że wylał z siebie ociupinkę jadu, bo już nie potrafił unieść tych emocji. Jeśli jego ciało było pojemnikiem na emocje, to już nie dało się ich więcej wlać. Więc wypływały. Zalewały go i były jak kwas. Kiedy cię coś boli to instynktownie chcesz się przed tym bronić. Nawet nie chcesz - musisz. Tak działa twój instynkt. Jeśli nie możesz się bronić - uciekasz. Ale przecież każdy miał jakąś swoją dumę, tak i miał ją Laurent - ucieczka bez ostatniego słowa była teraz wręcz potwarzą.
Zatrzymał się po tych dwóch krokach i obrócił z irytacją wymalowaną na twarzy. Ze złością miotającą barwami jego oczu, jakby lazur chciał zamienić się w prawdziwy sztorm. Co chciał mu dać ten nieznajomy? Ten głupiec, który nawet nie pojął, że jest obrażany. Bo to nie było zaproszenie do sypialni, bynajmniej. Co niby miałby mu do zaoferowania? Cokolwiek Fleamont chciał mu zresztą dać - teraz nie chciał od niego jedno wielkie nic. W tych krótkich chwilach, w których to wycie spinało jego ciało, ale działo się tylko w jego głowie i potrzebie wyrzucenia go z siebie, żeby przestać być takim wypełnionym, a jednocześnie trzymania w sobie jak najdłużej, żeby nikogo przy okazji nie zranić. Zamknięte, pokrzaczone koło, z którego nie było chwilowo ucieczki. Prawie osłabł, kiedy nagle dostał propozycję, żeby dostać modlitewnik. Pisk w uszach. Ten nieznośny pisk, który się pojawiał, który był jak lament jego własnej głowy, niemy krzyk, którego nie potrafił wydobyć ze swoich płuc. Przymknął na chwilę oczy. Otworzył je gwałtownie, kiedy usłyszał ten upadek. I dopiero to lekko nim wzdrygnęło. Automatycznie obrócił się w tamtą stronę chcąc pomóc Flynnowi się pozbierać. Głupiec... Dokąd tak biegniesz, Piotrusiu Panie? Bo z pewnością nie uciekasz przed Słowem Bożym i próbą odczytania intencji w oczach Boga?
- ... chętnie posłucham o Twojej prawdziwej wierze, ale nie tego wieczoru. - I właściwie chętnie poczytałby to... ten modlitewnik. Ciekawił go świat, ciekawiły go ludzkie spojrzenia na ten świat, ciekawiła go wiara, która potrafiła być pokładana w świętych przedmiotach czy wyimaginowanym Jedynym Bóstwie. Wykrzesał w sobie maksimum dyplomacji, jakie był w stanie. Złapał ten papierek, dość nieporęcznie, krzywiąc się trochę, bo właściwie brzmiało i wyglądało to tak, jakby sobie z niego kpił, żartował. Po co mu papierek dla kota? - Do zobaczenia. - Spojrzał jeszcze na tego Flynna, który zupełnie przemęczony zanosił się teraz kaszlem palacza. Palacza? Czy to przemęczenie? Przełączyło to trigger w mentalności i uczuciowości Laurenta - nagle zaczął go denerwować Flynn. Że kaszlał, że tak wyglądał, że tu dychał, że się wyrąbał i że wyglądał teraz przez to jeszcze gorzej. Innymi słowy - że się źle czuł. Że nie dbał o siebie. Że myślał o jakimś durnym podarunku i... Laurent dobrze znał uczucie, kiedy chcesz komuś sprawić prezent, a ta osoba... a w oczach tej osoby widzisz tylko gniew. I to go uderzyło - nawet bardzo mocno. Nie chciał się stawać jak Edward Prewett. Podziwiał i pożądał jego siły, ale nie chciał być jak on. Rozluźnił mięśnie.
- Nie powiedziałem, że nie chcę z tobą nigdzie iść... - Zabrzmiał na zirytowanego, wiedział to, ale nie potrafił na to nic poradzić, nigdy nie był z niego fenomenalny aktor. Odetchnął i przymknął na chwilę oczy. Zerknął znowu na Jima, od którego parę kroków odszedł, a potem spojrzał na... na pakunek. Prezent. Prezent od Flynna. Flynna, który wydawał się przy tym taki rozbrojony... Znowu miał ochotę krzyczeć. - Myślałem, że chcesz iść z... Jimem.
Dlatego zamiast krzyczeć to wyciągnął dłoń powolnym, niemal ostrożnym ruchem, jakby sięgał po coś niezwykle delikatnego i wziął tę torebkę. Kochał prezenty. Uwielbiał prezenty. Szczególnie takie, które robione były z myślą tylko o tobie. Nie musiały być wcale nic warte - głupia stokrotka zerwana z łąki sprawiała, że miał ochotę czasem płakać ze szczęścia. A czasem płakał z rozpaczy, jak nad bukietem złotych kwiatów, które zostały roztrzaskane w wazonie podczas burzy.
- Dziękuję... - Powiedział cicho, spoglądając na ten pakunek. A może Flynn robił sobie z niego po prostu jakieś okrutne żarty? Byłby do tego zdolny? Tak, no przecież właśnie go o to niemal posądzał. - Zaraz spojrzę... ale wolę obrać bardziej komfortowe miejsce. Więc chodź. - Chciał go złapać za dłoń, ale powstrzymał się, ten zgubny odruch, bo przecież nie byli sami. Chciał wyjść stąd. Przynajmniej z tego cyrkowego otoczenia.