27.06.2024, 00:46 ✶
Basilius spojrzał na Laurenta, który się na niego patrzył. Potem się spojrzał na ciotkę, która również się na niego patrzyła i pewność w wyrazie jego twarzy nieco zniknęła. Zamrugał oczami i spojrzał na abrakasany.
Zaraz...
Ale...
Naprawdę?
Nie...
I nagle dwadzieścia dziewięć lat życia w przekonaniu, że to całe gadanie o abrakasanach to tylko żarty, runęło mu w gruzach, bo wychodziło na to, że to jednak nie były żarty. A jeśli to nie były żarty, to czemu wszyscy kurwa pozwolili mu żyć tak długo w tym błędnym przekonaniu? Będzie się musiał spytać o to Florence. Na Matkę, miał nadzieję, że kuzynka też o tym nie wiedziała i nie był jedynym głupim w tym temacie w tej rodzinie.
Gorsza była jednak świadomość tego, że najwyraźniej nawet jego własny abrakasan, Sylvaine, nie chciał wyprowadzać go z błędu najprawdopodobniej w obawie, że zrani to jego uczucia.
– Oh naprawdę Laurie? To cudownie. Taki złoty z ciebie chłopiec. To znaczy nie złoty, bo złoto jest cieżkie, a ty wyglądasz, jakbyś miał zaraz zostać porwany przez wiatr, ale wiesz o co chodzi mój kochany. – Ciotka najwyraźniej była bardzo uparta, aby zrealizować swoją wymarzoną sesję fotograficzną, a Basilius już sobie obiecał, że gdyby jakimś cudem doszła ona do skutku, zadba o to, aby akurat w tym terminie wypadły mu sprawy zawodowe, czy też zdrowotne.
– Tak, właśnie ciociu – powiedział wspierając kuzyna. – Zaczęłaś coś mówić o swoich urodzinach.
Ciotka, zamyśliła się na chwilę i przekręciła różdżką placki na patelni.
– Ah, no wiecie chłopcy. Obudziłam się pewnego dnia w swoje urodziny i uznałam, że mam dosyć Londynu. Że zdecydowanie za długo w nim już mieszkałam. Całe moje życie! Tak samo jak moja matka i jej matka. Zresztą wiecie jaki jest Londyn. Zbyt... Londyński. Źle wpływa na zdrowie i nerwy. To pewnie dlatego, moja prababka uciekła z jednym cyrkowcem. Mówiłam kiedyś twojemu ojcu Basiliusie, że to pewnie przez to miasto jesteś z matką taki blady, ale nie chciał słuchać.
Basilius z całych sił powstrzymał się, by nie westchnąć głośno, zanim zadał kolejne pytanie.
– I czemu ciocia osiedliła się akurat tutaj?
Zaraz...
Ale...
Naprawdę?
Nie...
I nagle dwadzieścia dziewięć lat życia w przekonaniu, że to całe gadanie o abrakasanach to tylko żarty, runęło mu w gruzach, bo wychodziło na to, że to jednak nie były żarty. A jeśli to nie były żarty, to czemu wszyscy kurwa pozwolili mu żyć tak długo w tym błędnym przekonaniu? Będzie się musiał spytać o to Florence. Na Matkę, miał nadzieję, że kuzynka też o tym nie wiedziała i nie był jedynym głupim w tym temacie w tej rodzinie.
Gorsza była jednak świadomość tego, że najwyraźniej nawet jego własny abrakasan, Sylvaine, nie chciał wyprowadzać go z błędu najprawdopodobniej w obawie, że zrani to jego uczucia.
– Oh naprawdę Laurie? To cudownie. Taki złoty z ciebie chłopiec. To znaczy nie złoty, bo złoto jest cieżkie, a ty wyglądasz, jakbyś miał zaraz zostać porwany przez wiatr, ale wiesz o co chodzi mój kochany. – Ciotka najwyraźniej była bardzo uparta, aby zrealizować swoją wymarzoną sesję fotograficzną, a Basilius już sobie obiecał, że gdyby jakimś cudem doszła ona do skutku, zadba o to, aby akurat w tym terminie wypadły mu sprawy zawodowe, czy też zdrowotne.
– Tak, właśnie ciociu – powiedział wspierając kuzyna. – Zaczęłaś coś mówić o swoich urodzinach.
Ciotka, zamyśliła się na chwilę i przekręciła różdżką placki na patelni.
– Ah, no wiecie chłopcy. Obudziłam się pewnego dnia w swoje urodziny i uznałam, że mam dosyć Londynu. Że zdecydowanie za długo w nim już mieszkałam. Całe moje życie! Tak samo jak moja matka i jej matka. Zresztą wiecie jaki jest Londyn. Zbyt... Londyński. Źle wpływa na zdrowie i nerwy. To pewnie dlatego, moja prababka uciekła z jednym cyrkowcem. Mówiłam kiedyś twojemu ojcu Basiliusie, że to pewnie przez to miasto jesteś z matką taki blady, ale nie chciał słuchać.
Basilius z całych sił powstrzymał się, by nie westchnąć głośno, zanim zadał kolejne pytanie.
– I czemu ciocia osiedliła się akurat tutaj?