27.06.2024, 10:27 ✶
Sala bankietowa
drink ścieka mi po twarzy, wsiąka w kołnierz
jestem w piekle odcinek trzeci, ale przynajmniej rozmawiam z kimś na poziomie
drink ścieka mi po twarzy, wsiąka w kołnierz
jestem w piekle odcinek trzeci, ale przynajmniej rozmawiam z kimś na poziomie
"Nigdy więcej z Tobą nigdzie nie pójdę, choćbyś błagał mnie na kolanach!" – odbijało mu się wciąż w głowie, gdy bardzo powolnymi ruchami próbował oczyścić swoją twarz z lepkiego, śmierdzącego magią drinku. Usta miał zaciśnięte tak, aby żadna kropla przypadkiem nie wniknęła na podniebienie, spodziewał się magicznych atrakcji, ale szczerze nienawidził czegokolwiek co ingerowałoby w jego wolną wolę. Zbyt dobrze wiedział, że magia może od zera zbudować miłość, czy nienawiść, może wpłynąć na Twoją strukturę, zmienić twarz, ciało, w inną osobę czy inny gatunek. Czy to był efekt napitku? Czy to właśnie spotkało wcześniej Atreusa, który w gniewie postanowił poszarpać się na środku parkietu o jedną z panien?
Gniew krążył w żyłach zamykając mu usta, usztywniając ruchy, gdy podeszła do niego para znajomych musiał pospiesznie zdusić go mocniej, aby móc w ogóle rozmawiać. Przywołanie żartobliwej anegdotki na ten moment zdawało się niewykonalne. N i e n a w i d z i ł tego uczucia, tej lepkości, która niby wsiąkła w chusteczkę, ale wcale nie. Była cały czas na skórze, brud spalał jego uwagę, odciągał ją zaborczo w ciasnym splocie obrzydzenia i wściekłości. Tyle dobrego, że ów wyjątkowa mieszanka wzmagała bladość twarzy, a nie jej zaczerwienienie.
– Och mon amie, cóż mogę powiedzieć jak to, abyście uważali co pijecie na tym przyjęciu. Choć na stołach jest też wino z mojej francuskiej winnicy, zdaje się, że będę wypatrywać butelek tylko tych świeżo odkorkowanych. Dla wzmożonej ostrożności. Mieliście okazję widzieć te przerośnięte chomiki? – Zapytał ich, nie wiedząc nawet, że płynnie przeszedł na francuski, ale z tym językiem najmocniej kojarzył obie osoby, które do niego podeszły. Trochę pomagało to na nerwy, wszak Francja kojarzyła mu się mimo wszystko z nieco większą swobodą doboru zachowań, a napitek wylany przez krewką damę był tam na porządku dziennym. Nie było balu bez rozlanego wina i ubrudzonej koszuli i choć jemu osobiście nigdy się to nie zdarzyło, tak kiedyś musiał przyjść ten pierwszy raz.
– Choć nie wiem, może to teksańska krew. Bardzo ciężko stwierdzić. – nie wiedząc co zrobić z chusteczką, odłożył ją na tacę jednemu kelnerowi. I tak nie tknąłby jej, nawet gdyby była wielokrotnie wyprana. Z wdzięcznością przyjął również chusteczkę od Camile nie chcąc by myślała, że wzgardził jej pomocą. Spróował wytrzeć o nią nominalnie opuszki już suchych palców. – A wy? Camile? Laurence? Jak wnosicie uroczystość, wesele? – Kołnierzyk wciąż był wilgotny, a pedantyczny umysł sugerował, że jakaś kropla przedarła się dalej, że widać zaciek, że słodka woń zaraz ściągnie chrząszcze i muchy, by wespół z ważkami cieszyły się przestrzenią klap jego marynarki. Ciągnął resztką sił, nie chciał jednak czmychać, nie w obliczu choćby najkrótszej salonowej rozmowy, szczególnie, że kontakt z Lestrangem osłabł od czasu śmierci jego małżonki, a każde zdanie które wymienili mogło przysłużyć się odwróceniu tego stanu rzeczy.
[/align]
Gniew krążył w żyłach zamykając mu usta, usztywniając ruchy, gdy podeszła do niego para znajomych musiał pospiesznie zdusić go mocniej, aby móc w ogóle rozmawiać. Przywołanie żartobliwej anegdotki na ten moment zdawało się niewykonalne. N i e n a w i d z i ł tego uczucia, tej lepkości, która niby wsiąkła w chusteczkę, ale wcale nie. Była cały czas na skórze, brud spalał jego uwagę, odciągał ją zaborczo w ciasnym splocie obrzydzenia i wściekłości. Tyle dobrego, że ów wyjątkowa mieszanka wzmagała bladość twarzy, a nie jej zaczerwienienie.
– Och mon amie, cóż mogę powiedzieć jak to, abyście uważali co pijecie na tym przyjęciu. Choć na stołach jest też wino z mojej francuskiej winnicy, zdaje się, że będę wypatrywać butelek tylko tych świeżo odkorkowanych. Dla wzmożonej ostrożności. Mieliście okazję widzieć te przerośnięte chomiki? – Zapytał ich, nie wiedząc nawet, że płynnie przeszedł na francuski, ale z tym językiem najmocniej kojarzył obie osoby, które do niego podeszły. Trochę pomagało to na nerwy, wszak Francja kojarzyła mu się mimo wszystko z nieco większą swobodą doboru zachowań, a napitek wylany przez krewką damę był tam na porządku dziennym. Nie było balu bez rozlanego wina i ubrudzonej koszuli i choć jemu osobiście nigdy się to nie zdarzyło, tak kiedyś musiał przyjść ten pierwszy raz.
– Choć nie wiem, może to teksańska krew. Bardzo ciężko stwierdzić. – nie wiedząc co zrobić z chusteczką, odłożył ją na tacę jednemu kelnerowi. I tak nie tknąłby jej, nawet gdyby była wielokrotnie wyprana. Z wdzięcznością przyjął również chusteczkę od Camile nie chcąc by myślała, że wzgardził jej pomocą. Spróował wytrzeć o nią nominalnie opuszki już suchych palców. – A wy? Camile? Laurence? Jak wnosicie uroczystość, wesele? – Kołnierzyk wciąż był wilgotny, a pedantyczny umysł sugerował, że jakaś kropla przedarła się dalej, że widać zaciek, że słodka woń zaraz ściągnie chrząszcze i muchy, by wespół z ważkami cieszyły się przestrzenią klap jego marynarki. Ciągnął resztką sił, nie chciał jednak czmychać, nie w obliczu choćby najkrótszej salonowej rozmowy, szczególnie, że kontakt z Lestrangem osłabł od czasu śmierci jego małżonki, a każde zdanie które wymienili mogło przysłużyć się odwróceniu tego stanu rzeczy.
[/align]