Gdzież jest twój bóg? Pustelnik, Starzec, Magus Głosu Światła, Psychopompos. Teraz trzymał latarnię, ale Morpheus doskonale wiedział, że kiedyś, dawno temu, dzierżył klepsydrę. I te oczy. Zastygł, jakby zapominając, że goni go bestia, aby spojrzeć w te oczy, o których nie myślał od miesięcy, prawie lat. Czy był tutaj, aby przeprowadzić jego duszę na drugą stronę, w niskie rejony Limba, zwierzę, nie człowiek? Zadławił się słowami, gdy zamiast złapać za szatę, palce przesunęły się po ścianie, paznokcie połamały się o nierówny tynk. Jego bóg nie kochał go dostatecznie, aby go uratować. Zapłakał nad swoją miłością, co umrzeć musi razem z nim i nad swym brakiem wiary. Zgasł jakikolwiek promień nadziei na przeżycie.
Zapłakał gorzko nad swym strachem i gdy wilkołacze pazury wygłosiły sentencję kary. W krzyku agonalnym rozbrzmiewało jedno słowo, jedno imię, obce w jego ustach. Bardziej prawdziwe były pazury i kły i rozdzieranie ciała, krew, wszędzie krew i smród własnych tkanek. Patrzył na siebie, na pulsujące organy, wystawione na pożarcie, gdy śmierć włożono w jego kości. Oto ofiara dla boga, w którego nie wierzył, podana bestii, która również będzie go żałować, gdy ocknie się ze swojego bólu. A krew spływała, kałuża na chodniku, wnikająca w glinę między kostkami brukowymi, jelita rozwleczone, poszarpane, członki rozrzucone, jak połamane rączki zabawki. Tak zakończyło się życie wielkiego wieszcza, Niewymownego, krążącego z czarującym uśmiechem po Ministerstwie i mówiącego czasami zagadkami, który ukrywał swoje szaleństwo w ekscentrycznych ubraniach i modlitwach. Nie pozostało po nim więcej, niż ochłap, flaki i resztki mięśni oraz te przeklęte oczy, wlepione z uwielbieniem, zastygłym w rigor mortis, na zawsze wlepione w grafitti. W swojego boga.
Nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja. Zapłakał świtem nad świtem, którego już nie będzie. Zapłakał, że już go nie będzie i zapłakał, że nie będzie żadnych nas.
Ocknął się, opierając się o mur, z nadgryzionym preclem z solą w dłoni. Czuł na policzkach coś mokrego. Wytarł je rękawem i przyjrzał się plamom. Łzy, zwykłe, gorzkie łzy. Nie pamiętał, jak znalazł się niedaleko sklepu z kociołkami. Pamiętał za to coś zupełnie innego. Precla wyrzucił z obrzydzeniem do śmieci.