Marzenia. Podobno wiara umierała ostatnia, czy to może nadzieja? Albo właśnie marzenia - one umierały razem z nimi? Niekiedy łatwo było pomylić tę trójcę świętą. Dumasz nad nimi i odkrywasz, że są powiązane. Marzysz o tym, żeby być człowiekiem, wierzysz w to, że słońce jeszcze wstanie i masz nadzieję, że to wszystko się spełni. Jedno bez drugiego mogło istnieć, a jednocześnie przeplatało się jak te słodkie warkocze pieczone z drożdżowego ciasta i posmarowane lukrem z rodzynkami. Słodkie. Dobre. Mógł więc sobie Laurent wyobrażać co drzemało w sercu człowieka, który stracił swoje życie, a to i tak były domysły. Nie znał w końcu Yaxleya. Widział tylko tyle, co zostało mu pokazane - wrażenie, że to bardzo dumny człowiek, któremu z trudem przychodzi zginanie karku. Wyobrażał sobie te jego pełne energii oczy, złe, zezłoszczone. Nie wiesz tylko na co - na świat wokół, swoją tragedię czy samego siebie. Jak łatwo było złość pomylić z głodem...
- Nie doceniasz mnie. - Tajemnica owinęła jego kibić i wymalowana została enigmatycznym, pełnym obietnic uśmiechem na jego ustach. A może groźby? Groźba nie pasowała do jego twarzy. Można sobie wyobrażać, jak wyglądałyby jego złe, zezłoszczone spojrzenie, ale w odwrocie do Astarotha jego spojrzenie bywało raczej wystraszone. Zmieniało się ze spokojnego, które muskało ciepłem i koiło szumem fal do filuternego, które dotykało skóry nie dotykając wcale. Tu i teraz nabrało zaś pewności siebie. Atmosfera była przyjazna, bez uderzającego głodu, co biłby w dzwony wojenne i ostrzegał przed swoim wyrwaniem do przodu, do gardła. Szybciej, mocniej, byle utoczyć krwi. A to zachęcało do tego, żeby Astaroth był... po prostu sobą. Nawet jeśli Laurent wcale nie potrafił w pełni być spokojnym, w pełni zaufać. Jeszcze nie.
- Z Geraldine? Czy sam? - A może z kimś innym? Zagaił ciekaw tego, czy Astaroth skłonny był odpłynąć do tego pięknego świata, w którym gorące emocje przyćmiłyby jego tragedię. Chyba nurkował po lepszych wspomnieniach, bo przecież był taki... był zupełnie inny niż za pierwszym i drugim spotkaniem. I był nawet zupełnie inny wobec niego samego. Tylko nie rozumiał, dlaczego. Spodziewał się, że jego urażona duma będą o sobie dawały znać. Tymczasem... potraktował go prawie tak, jakby był dla niego naprawdę miłym dodatkiem tego wieczoru. Podniósł się z miejsca, powoli i wyciągnął różdżkę, uprzednio oglądając, czy nie ma żadnego mugola w zasięgu. Srebrzysty blask przesuwał się za jego ruchami i płynne złoto rozlało wokół nich, zaraz niknąc. Całkowicie podstawowa bariera ochronna, żeby czasem żaden mugol nie wtrącał się do ich sprawunków tutaj. Stawiał więc ją, słuchając Astarotha. - Gdybym był wampirem... - Powtórzył w zastanowieniu, skupiając się na ruchach różdżki. Nie był wybitny w zaklęciach ochronnych, więc wolał nie popełnić błędu. Zaśmiał się cicho na tę trumnę. - Nie przyszło mi to do głowy. - Przyznał zgodnie z prawdą. - Zacząłbym od zainwestowania galeonów w biznes, którym mógłbym zarządzać nocą. Skupiłbym się na jego rozwoju. A jeśli nie nocą, to dobrałbym osoby, którym mógłbym ufać i pozostawiać zarządzanie tego. Czeka mnie wiele lat życia, więc może nawet byłaby to rodzina, która służyłaby mi z pokolenia na pokolenie..? Pomyślałbym o pomaganiu ludziom, gdybym miał stabilność finansową. Biedni, bezdomni, potrzebujący pewnie z chęcią oddaliby trochę swojej krwi za pomoc. - Jego myśli powędrowały w stronę kultu, ale tego już nie powiedział. Ostatnio za często te myśli w tym kierunku biegły. - Kiedy miałbym zabezpieczony swój mały świat zorganizowałbym ekspedycję. Jest tyle tajemnic do odkrycia w tym świecie - dlaczego nie? Nawet jeśli tylko noc wita mnie w swoich ramionach i tylko księżyc się do mnie uśmiecha - przecież to nie znaczy, że przestałem... żyć. - W tym rozumieniu biologicznym - tak. Ale umysł trwał. Skończył poruszać różdżką i schował ją, spoglądając na rzekę przed nimi. Przez chwilę milczał, zanim podniósł dłoń, jakby chciał coś Astarothowi pokazać.
Bo chciał.
W to wierzę -
To kocham do końca
Dzisiaj Ci oddaję
Jak wiarę, jak promienie słońca*
Zaczął śpiewać. Jego głos, dźwięczny i wyraźny, jak głos skowronka, rozbrzmiał z jego piersi. Tak delikatny kontratenor, że chciało się oglądać i szukać wzrokiem tej sopranowej śpiewaczki. Ale to był po prostu Laurent. Mógł mu pokazać. Mógł mu pokazać wszystko. Tak jak teraz brzmiała orkiestra razem z jego głosem, chociaż jej wcale tutaj nie było.
Nad Tamizą wstawało słońce.
Niebo zmieniało swoją barwę tak gładko, tak malowniczo - gdzie był ten artysta, co pędzlem pociągał i kolory zmieniał..? Nie było go. Za to było ciepło promieni, które wyślizgiwały się zza budynków i zza drzew. Które iskrzyły na rozjaśnionej tafli płynącej wody. Świat budził się do życia. Po drugiej stronie Tamizy właśnie jacyś ludzie przejechali rowerami, gdzieś poszedł dym z komina, a gołębie zerwały się do lotu. Ta najjaśniejsza i najpiękniejsza z gwiazd jaśniała nad soczystą, wiosenną wręcz zielenią, a delikatny powiew wiatru zerwał z dmuchawców białe drobiny i zatańczył nimi fikołka w powietrzu, nim poniósł je dalej - nad tę wodę, którą właśnie ktoś przecinał łódką. I piękna Sol wspinała się wyżej. Przesuwały się i umykały cienie przed jej potęgą, kiedy przyzywana syrenim głosem budziła siebie samą do życia. I w końcu jej ciepło zalało ten świat - niemal oślepiająco w pierwszej chwili, kiedy niebo przestawało być tak umazane kolorami i stawało się przejrzyście błękitne, z ledwo pojedynczymi chmurami muskającymi nieboskłon. Celowo i świadomie przeciągał piosenkę już na końcu tylko malując rzeczywistość intonacją głosu - Astaroth nawet tego nie słyszał. Jego uszy słyszały tylko ten świat, ten dzień, w którym przez kilka oferowanych minut mógł zatonąć.
Niewiele mógł dać Astarothowi, ale ta jedna rzecz, której pragnął - to mógł mu podarować. I podarował z przyjemnością.
Piosenka ucichła i świat wrócił do swojej nocnej ciszy.
*wrzuciłam tylko fragment, ale Laurent śpiewa całość -> tekst