Nie znali się, Ginevra nie była pewna, na co dokładnie mogła sobie pozwolić, więc starała się delikatnie wybadać grunt, stąd też brak szpilek. I jej nie przeszkadzało być wyższą od mężczyzny, ale po co od razu kogoś potencjalnie płoszyć? Ludzie mieli różne upodobania, różne rzeczy ich bolały bądź uderzały zbyt blisko, te najbłahsze również – dlatego wolała nie przeciągać struny tam, gdzie nic jej to nie kosztowało. To też było inspirujące – chęć, by druga strona czuła się dobrze, strona, której nie znasz i tak naprawdę musisz się po prostu nauczyć. Morpheus może i artystą nie był, a Ginny… cóż, dawno temu rysowała, a ostatnimi czasy wracała do tego coraz częściej, przypominając sobie odpowiednie ruchy ręką. Miała też przeczucie, że po dzisiejszym spotkaniu spróbuje uchwycić na papierze dzisiejsze gwieździste niebo… i majaczący w oddali Hogwart.
– Z perspektywy czasu zawsze patrzy się na swoje zachowanie jako na żenujące – kojarzyła, że do Hogsmeade uczniowie wybierali się w czasie weekendów jeśli mieli zgodę, coś w tym guście opowiadał jej Cathal. – Trudno, żeby było inaczej, skoro w głowie ma się pstro – uśmiechnęła się pod nosem, ale mówiła to w dobrej wierze. Nie należało żyć przeszłością, ona wpływała na teraźniejszość, kształtowała ją, ale była tylko minionymi dniami, goryczą błędów i słodkością nauki na nich. Ale rozumiała – uczniowie wyrwani spod uważnego spojrzenia opiekunów mogli “na wolności” (czyli w Hogsmeade) robić wiele głupstw. A część z nich z łatwością mogła sobie wyobrazić… – Przechadzka po tych uliczkach latem chyba jednak nie do końca wpisuje się w szkolne wspomnienia? – zagadnęła, obserwując mieszkańców wioski; o ile się orientowała, to na przerwę wakacyjną uczniowie Hogwartu wracali do domu i nie zostawali… no cóż – tutaj.
– Naukowych snobów – powtórzyła za nim i aż parsknęła, naprawdę ubawiona. – W pogoni za wiedzą nie ma absolutnie niczego snobistycznego – sama zresztą nadal uskuteczniała pogoń za wiedzą: wszak miała wykształcenie z dość skrajnie różnych dziedzin, hobbystycznie zajmowała się czymś jeszcze innym, a w pracy… łączyła to wszystko i tylko po to, by poznać tajemnice, które pogrzebał czas. – To całkowicie racjonalne pragnienie. A oportunista… więc jest pan osobą, która bardziej wykorzystuje sytuację, czy ją tworzy? – odrobinkę przekrzywiona głowę, zerkając na drugą z wież majaczącą w oddali. Zastanawiała się już nad zagadnieniem wdrapywania się na górę: – Policzył pan kiedyś ile schodów prowadzi z lochów aż na samą górę? – bo to byłaby pierwsza rzecz jaką zrobiła by ona. I prawdę mówiąc to zrobiła, ale w swojej szkole.
– Uagadou? Zupełnie inne – złapała Morpheusa pod rękę i pozwoliła się poprowadzić dalej, jej złotawe oczy o pionowych źrenicach co jakiś czas zerkały w bok, na towarzysza, dostrzegając nieco więcej szczegółów, bo półmrok zupełnie jej w tym wydaniu nie przeszkadzał. Snuła jednak własną opowieść. – Szkoła jest wykuta w zboczu góry, a mgły osiadające w Księżycowych Górach sprawiają, że Uagadou wygląda, jakby unosił w powietrzu – uśmiechnęła się do swoich wspomnień, bo był to widok niezapomniany, gdy widziało się to chociaż raz, a McGonagall zdarzało się też latać i oglądać to wszystko z góry. – Poza tym… to dużo większa szkoła niż Hogwart. Dużo, dużo większa – to w sumie też nie było dziwne; Hogwart mieścił uczniów z Anglii, Szkocji, Walii i Irlandii, a Uagadou? Cała Afryka. I przyjmowali też uczniów spoza niej. – Chyba nie znam nikogo, kto by się tam nie zgubił. Ja to na pierwszym roku robiłam notorycznie – i notorycznie znajdowała różne dziwne zakamarki. Zachichotała, unosząc dłoń, lekko zwiniętą w pięść, by zakryć swoje usta. – Z tego co wiem, to i podejście do nauki jest inne, a przynajmniej tak wynikało z rozmów z ciocią Minervą – a tych z obecną nauczycielką transmutacji w Hogwarcie odbyła sporo.