Aidan nie mylił się w tym względzie. Zaczarowane Różności rzeczywiście były oczkiem w głowie Penny. Poświęcała temu miejscu dużo swojego czasu. Wkładała sporo sił w to, żeby interes się rozwijał. Tyle tylko, że w tym wszystkim nadal pozostawała sobą. Czasami lekkomyślną. Niekiedy popełniającą większe i mniejsze głupoty. Trochę nazbyt impulsywną. Momentami upartą niczym osioł. A przede wszystkim - złośliwą, kiedy ktoś jej zalazł za skórę. To ostatnie zaś niewątpliwie udało się Parkinsonowi.
- Ah. To jakieś maści Terry'ego. - udało jej się mniej więcej określić zawartość kartonu. I w sumie na tym koniec, bo sama się na tym nieszczególnie znała. Z racji na to, że Trelawney praktycznie zawsze był pod ręką, dawno temu zdążyła już się nauczyć, iż o tego typu kwestie zawsze mogła go zapytać. A przynajmniej o większość tego typu kwestii. Poza tymi kilkoma, w przypadku których czułaby się zbyt niekomfortowo. - Rzeczywiście lepiej zachować ostrożność. Ostatnim razem, kiedy potłukłam jakieś jego słoiczki, wypominał mi to przez długie tygodnie. Przy każdej okazji. - mówiąc o tym, aż musiała wywrócić oczyma. Terry bywał momentami naprawdę upierdliwy. Miał dużo szczęścia wynikającego z tego, że znali się od wielu lat, a do tego pokrywał połowę rachunków, bo w innym wypadku kopnęłaby go prosto w cztery litery. No cóż. W obecnej sytuacji byli po prostu na siebie skazani. I jakoś musieli sobie z tym radzić.
Przez chwilę zastanawiała się, co i jak powinni zrobić z tymi słoiczkami. W jaki sposób układał je Terry? Ciężko byłoby zliczyć ile razy przyjaciel starał się jej to wytłumaczyć. Niestety, niewiele z tego Penny zdołała zapamiętać. I koniec końców zawsze wszystko robiła po swojemu. A jeśli Terry'emu to nie pasowało, posługiwała się koronnym argumentem: mogłeś to zrobić sam. To zawsze działało. Podobnie jak popularne: bo tak.
Rozejrzała się po sklepie, lokalizując wreszcie regał, który uznała za najbardziej do tego odpowiedni. Rzecz jasna, przypadkiem, znajdywał się on po drugiej stronie sklepu i co za tym idzie - kawałek trzeba było się z tymi słoiczkami przesunąć. A do tego żadnego po drodze nie uszkodzić. Albo przynajmniej straty odpowiednio zminimalizować.
- To będzie tam. - wskazała Aidanowi regał znajdujący się niedaleko okna. Do połowy tylko zastawiony świeczkami i kadzidłami. Z sześciu półek, trzy nadal pozostawały wolne, a to oznaczało dużo więcej miejsca niż potrzebowali w przypadku tych nieszczęsnych słoiczków. - Na pewno dasz radę? - upewniła się jeszcze, prawie wyglądając przy tym tak, jakby się Parkinsonem przejmowała. Prawie. Ktoś kto rudej nie znał, zapewne mógłby się przy tym nawet nabrać.