Czasami aby dobrze się bawić, zmieniało się w kogoś innego.
Mężczyzna stojący u boku Shafiq'a był raczej niski, jego skóra należała do tych ciemniejszych brązów z Indii, ale jego ubranie nie wyglądało ani jak magiczne szaty ani tym bardziej jego tradycyjne odzienie. Garnitur miał wytworny, brytyjski, a na mankietach lśniły diamenty o szlifie asshar na spinkach w żółtym złocie. Modnie ufryzowane loki rzeczywiście kontrastowały z tym, jak wyglądał jego towarzysz tego wieczoru.
Już po ostatnim Lammas i pięknej, egzotycznej Tahirze o dziwnie wężowatych manieryzmach dało się dojrzeć tendencje Anthony'ego Shafiq'a do ściągania dla siebie równie egzotycznych towarzyszy o smoczo-łuskowatych cechach wyglądu. Śniady hindus w butelkowy zielonym, dwurzędowym garniturze, białej koszuli i zawiązanej pod szyją fuksjowej apaszce z jedwabiu odznaczał się głównie niesamowitymi, żółtymi tęczówkami i pionowymi źrenicami, jak u gada. Jak u smoka. Brakowało tylko złotej obroży, może ktoś był dostatecznie odważny, aby sprawdzić, czy jej tam nie ma?
Aryaman Birla skłonił się kobiecie i jeśli na to pozwoliła, ucałował sucho wierzch jej dłoni, którą ujął w swoją własną w powitaniu. Przy tej odległości wyraźnie dało się czuć jego perfumę, lecz zamiast modnych ciężkich ambr i gęstych kadzideł, dookoła mężczyzny unosiła się lekka szafranowa słodycz, z nutą przyprawowej pikantność i zaskakującą, na końcu wdechu, słodkością, która kojarzyła się nieodmiennie z watą cukrową.
— Niezwykle miło mi panią poznać, pani Delacour — odezwał się wyraźnie z brytyjskim akcentem, który brzmiał nieco dziwnie, ale ciężko było powiedzieć, dlaczego. Na oko miał jakieś trzydzieści lat, więc urodził się na pewno jeszcze, gdy brytyjska flaga powiewała nad pałacem królewskim w Delhi. Przez chwilę spoglądał na kobietę dziwnymi oczami, przedłużone, gadzie spojrzenie. Wyprostował się powoli. Cukrowa słodycz zapachu pasowała do miękkich ruchów, jakby zalanych syropem. W nich ona grała pierwsze skrzypce, z wahaniem, niepewnością nieznanej socjety jako smaku na końcu języka.
— Proszę przybyć na Holi do Delhi, to najpiękniejsze święto, a na pewno najbardziej kolorowe. Dlaczego tak sądzi pan o Liszcie, panie Shafiq?
Szarada nie miała na celu niczego poza pewnego rodzaju wolnością. Wyzwalającym uczuciu bycia nowinką i jednocześnie trzymania wszelakich kart przy orderach. Status krwi? Nieznany? Historia? Czysta karta. Jeden z synów indyjskich magnatów, którzy nie mogli znieść niższości i kształcili swoje dzieci w sposób odpowiedni dla brytyjskiej arystokracji i wyszli na tym najlepiej, gdy Indie uzyskały niepodległość i należało wejść na rynek światowy, który posługuje się angielskim. Jego wygląd zaś? Do cna pod upodobania smocznej Shafiq'a.