29.06.2024, 00:32 ✶
Skinął głową. Teraz, gdy starszy z Longbottomów zdradził mu więcej na temat Neila, nie wiedział, czy ten przyjmie jakąkolwiek pomoc. Może nie tyle nawet nie wzgardzi, ile może po prostu nie będzie wiedział, jak ją w pełni wykorzystać. Nie zamierzał jednak już na nic w tej kwestii naciskać. Bądź co bądź, tylko przekazywał informacje. Co robili z nimi inni - to już był ich interes. Chyba, że niedługo i jego poprosi się o wyświadczenie jakiejś przysługi w tej kwestii.
— Nie potrzebuję uleczenia. Przynajmniej już nie — rzucił z lekkim wahaniem, wzdychając ciężko. Oparł mocniej rozłożone na płasko dłonie o parkiet salonu, unosząc przy tym czoło w stronę sufitu. — Ostatnie miesiące były ciężkie. Zwłaszcza końcówka lipca. Wszystko skumulowało się na przestrzeni kilku dni i... Pff, nie myślałem, że będzie tak ciężko poskładać to wszystko w całość. Dopiero ostatnio sytuacja się trochę unormowała. Chociaż nie powiedziałbym, że jest idealnie. Ostatnio nawet zrobiłem awanturę Brennie o to, co widziałem w wizji na wyspie.
Może powinien rozważyć przekazanie jakiejś większej sumy na konto kowenu Whitecroft? Bądź co bądź, skoro Limbo istniało, to równie dobrze bogowie także mogli być prawdziwi. A biorąc pod uwagę, że jeszcze parę tygodni temu Erik był przekonany, że jego życie miało zacząć drastycznie pikować w dół... Wypadałoby podziękować paru siłom wyższym, że zesłali mu wsparcie w formie, chociażby Anthony'ego. A może wręcz zwłaszcza Anthony'ego.
— Przed Beltane… Miałem się z kimś ku sobie — przyznał w końcu, zerkając kontrolnie w głąb Warowni. — Okoliczności nas przerosły, tak myślę. — Nie chciał rzucać nazwiskami. Czuł, że połączyło go wówczas z Elliottem coś specjalnego, jednak najwyraźniej nie było im pisane. Może gdyby nie atak Śmierciożerców. Może gdyby nie śmierć Derwina. Może gdyby nie to, że lata wcześniej Voldemort stwierdził, że stworzy siatkę terrorystyczną na terenie Wielkiej Brytanii. Może wtedy miałoby to większe szanse na przetrwanie. — Do tego doszedł jeszcze rytuał kowenu, który związał nas z Norą. Kompletny przypadek, nie wiedzieliśmy, że taka... jarmarczna zabawa przywoła jakąś zapomnianą magię.
Pokręcił głową. Do tej szokowało go to, że kapłanki kowenu nie pokwapiły się nawet wówczas do tego, aby ich ostrzec, jakie mogą być konsekwencje takiej zabawy. Na majowe pale próbowało się wspiąć mnóstwo osób, a podobno Mung przez pewien czas był wręcz oblegany przez ofiary. Erik, Nora i Elliott nie pojawili się tam wcześniej głównie przez to, że wszyscy liczyli, że magia po prostu wyparuje i będą mogli wrócić do normalnego życia.
— Wyczuwaliśmy, jeśli wpadaliśmy w tarapaty, co jak możesz sobie wyobrazić, nie było idealnym układem, kiedy pewien ktoś pracuje w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów — zaakcentował wyraźnie, wywracając wymownie oczami. — Wprowadzałem do tego trochę za dużo frustracji. No i... Ciężko uniknąć pakowania się w kłopoty, gdy człowiek stara się pomagać nieoficjalnymi kanałami. Czułem się winny, że sprowadzam na nich kłopoty. Że wcześniej nie znalazłem jakiegoś rozwiązania, żeby to ukrócić. — Zmarszczył nos, krzywiąc się przy tym lekko. — Nie mam pojęcia, jak normalni ludzie żyli z tym rytuałem, ale w naszym przypadku nie wniosło to zbyt wiele do naszego życia. Dopiero niedawno poszliśmy do klątwołamacza, żeby w końcu się od tego odciąć.
[div]Wątpił, aby Morfeusz oczekiwał aż tak... rozległej... odpowiedzi. Może sądził, że usłyszy prostą historię o samotności, złamanym sercu czy potrzebie znalezienia sobie kogoś? Cóż, zamiast tego dostał historyjkę o tym, jak pisana obecnie historia konfliktu czarodziejów uderzyła w życie prywatne jego bratanka i jeszcze wplątała w to bogu ducha winną Norę Figg. A przecież jeszcze nawet nie doszedł do tego fragmentu, gdzie pijany wrócił do Warowni i napisał ten żałosny list do kochanka sprzed lat.
— Naprawdę starałem się robić, co w mojej robić, żeby nie przeciągać struny, ale po tym, jak wypiliśmy bimber Malwy razem z Norą... Rozgrzebałem własną przeszłość. Trochę za mocno. I z ciemnej jamy wypełzł ktoś, kogo naprawdę nie chciałem widzieć, słyszeć... Znajdować się w jego pobliżu. — Westchnął we frustracji. Wydawało mu się, że spotkanie z Laurencem pomoże mu zamknąć ten rozdział raz na zawsze lub przynajmniej uwolnić własne frustracje, a zamiast tego z perspektywy czasu czuł się jak kompletny idiota. Jakby niczego się nie nauczył przez te lata. — Spotkania z byłymi... Hmm… Nie zawsze kończą się dobrze. Chociaż... Zależy też, na kogo trafiasz.
Uśmiechnął się minimalnie. Skończyłby zapewne w dużo gorszym miejscu, gdyby po tournée po londyńskich barach los nie zagnałby go posiadłości Anthony'ego w Little Hangleton. Otworzył usta, jednak zaraz je zamknął, przygryzając dolną wargę. Jak miałby jednak o tym powiedzieć Morfeuszowi?
— Nie potrzebuję uleczenia. Przynajmniej już nie — rzucił z lekkim wahaniem, wzdychając ciężko. Oparł mocniej rozłożone na płasko dłonie o parkiet salonu, unosząc przy tym czoło w stronę sufitu. — Ostatnie miesiące były ciężkie. Zwłaszcza końcówka lipca. Wszystko skumulowało się na przestrzeni kilku dni i... Pff, nie myślałem, że będzie tak ciężko poskładać to wszystko w całość. Dopiero ostatnio sytuacja się trochę unormowała. Chociaż nie powiedziałbym, że jest idealnie. Ostatnio nawet zrobiłem awanturę Brennie o to, co widziałem w wizji na wyspie.
Może powinien rozważyć przekazanie jakiejś większej sumy na konto kowenu Whitecroft? Bądź co bądź, skoro Limbo istniało, to równie dobrze bogowie także mogli być prawdziwi. A biorąc pod uwagę, że jeszcze parę tygodni temu Erik był przekonany, że jego życie miało zacząć drastycznie pikować w dół... Wypadałoby podziękować paru siłom wyższym, że zesłali mu wsparcie w formie, chociażby Anthony'ego. A może wręcz zwłaszcza Anthony'ego.
— Przed Beltane… Miałem się z kimś ku sobie — przyznał w końcu, zerkając kontrolnie w głąb Warowni. — Okoliczności nas przerosły, tak myślę. — Nie chciał rzucać nazwiskami. Czuł, że połączyło go wówczas z Elliottem coś specjalnego, jednak najwyraźniej nie było im pisane. Może gdyby nie atak Śmierciożerców. Może gdyby nie śmierć Derwina. Może gdyby nie to, że lata wcześniej Voldemort stwierdził, że stworzy siatkę terrorystyczną na terenie Wielkiej Brytanii. Może wtedy miałoby to większe szanse na przetrwanie. — Do tego doszedł jeszcze rytuał kowenu, który związał nas z Norą. Kompletny przypadek, nie wiedzieliśmy, że taka... jarmarczna zabawa przywoła jakąś zapomnianą magię.
Pokręcił głową. Do tej szokowało go to, że kapłanki kowenu nie pokwapiły się nawet wówczas do tego, aby ich ostrzec, jakie mogą być konsekwencje takiej zabawy. Na majowe pale próbowało się wspiąć mnóstwo osób, a podobno Mung przez pewien czas był wręcz oblegany przez ofiary. Erik, Nora i Elliott nie pojawili się tam wcześniej głównie przez to, że wszyscy liczyli, że magia po prostu wyparuje i będą mogli wrócić do normalnego życia.
— Wyczuwaliśmy, jeśli wpadaliśmy w tarapaty, co jak możesz sobie wyobrazić, nie było idealnym układem, kiedy pewien ktoś pracuje w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów — zaakcentował wyraźnie, wywracając wymownie oczami. — Wprowadzałem do tego trochę za dużo frustracji. No i... Ciężko uniknąć pakowania się w kłopoty, gdy człowiek stara się pomagać nieoficjalnymi kanałami. Czułem się winny, że sprowadzam na nich kłopoty. Że wcześniej nie znalazłem jakiegoś rozwiązania, żeby to ukrócić. — Zmarszczył nos, krzywiąc się przy tym lekko. — Nie mam pojęcia, jak normalni ludzie żyli z tym rytuałem, ale w naszym przypadku nie wniosło to zbyt wiele do naszego życia. Dopiero niedawno poszliśmy do klątwołamacza, żeby w końcu się od tego odciąć.
[div]Wątpił, aby Morfeusz oczekiwał aż tak... rozległej... odpowiedzi. Może sądził, że usłyszy prostą historię o samotności, złamanym sercu czy potrzebie znalezienia sobie kogoś? Cóż, zamiast tego dostał historyjkę o tym, jak pisana obecnie historia konfliktu czarodziejów uderzyła w życie prywatne jego bratanka i jeszcze wplątała w to bogu ducha winną Norę Figg. A przecież jeszcze nawet nie doszedł do tego fragmentu, gdzie pijany wrócił do Warowni i napisał ten żałosny list do kochanka sprzed lat.
— Naprawdę starałem się robić, co w mojej robić, żeby nie przeciągać struny, ale po tym, jak wypiliśmy bimber Malwy razem z Norą... Rozgrzebałem własną przeszłość. Trochę za mocno. I z ciemnej jamy wypełzł ktoś, kogo naprawdę nie chciałem widzieć, słyszeć... Znajdować się w jego pobliżu. — Westchnął we frustracji. Wydawało mu się, że spotkanie z Laurencem pomoże mu zamknąć ten rozdział raz na zawsze lub przynajmniej uwolnić własne frustracje, a zamiast tego z perspektywy czasu czuł się jak kompletny idiota. Jakby niczego się nie nauczył przez te lata. — Spotkania z byłymi... Hmm… Nie zawsze kończą się dobrze. Chociaż... Zależy też, na kogo trafiasz.
Uśmiechnął się minimalnie. Skończyłby zapewne w dużo gorszym miejscu, gdyby po tournée po londyńskich barach los nie zagnałby go posiadłości Anthony'ego w Little Hangleton. Otworzył usta, jednak zaraz je zamknął, przygryzając dolną wargę. Jak miałby jednak o tym powiedzieć Morfeuszowi?
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞