Nim dotarła do gromadki lunaballi i człowieka, ten zdołał już z siebie zepchnąć jedną z nich (co zresztą bardzo ją zdziwiło) i stanąć na dwóch nogach. Regina nigdy wcześniej nie spotkała się z człowiekiem, który zdołałby zbliżyć na wyciągnięcie ręki do tych stworzeń. A ten w najlepsze sobie spał z całym stadem! To dopiero było coś, co jej imponowało do tego stopnia, że aż poczuła ukłucie zazdrości.
O tym, że lunaballe stratują Castiela w ogóle nie pomyślała. Nie teraz, kiedy stał wyprostowany, bo co innego, gdyby nadal leżał. Ona też powoli się wyprostowała, co natychmiast zaalarmowało obudzone stworzenie, które teraz spojrzało na nią i zaczęło się powoli wycofywać.
Mówienie do dzikiego i tak płochliwego stworzenia raczej nic by nie dało. Dlatego Regina równie powoli i spokojnie sięgnęła ręką do torby i wyciągnęła z niej garść karmy. To sprawiło, że lunaballa przestała się wycofywać i zamiast tego, ciekawsko przekrzywiła głowę.
Sypnęła granulki na lewo, w trawę, gdzie zaszeleściły. Ów dźwięk obudził resztę stada, które poderwało się do góry, gotowe do ucieczki. Mężczyzna stojący pośród nich również wydawał się gotowy, by zwiać równie szybko, jak i jego niedoszli towarzysze, ale Regina powiedziała:
— Poczekaj spokojnie, one ci nic nie zrobią.
Zrobiła kilka kroków w jego stronę, na co stworzenia pomiędzy nimi poderwały się do ucieczki i zniknęły zaraz pośród wysokiej trawy. W ten sposób zostali pozornie sami, bo wielkie jak spodki oczy obserwowały ich z oddali. Widocznie teraz nęciły je nie tylko kwiaty, w których spał Castiel, ale też rzucone przez Reginę jedzenie.
— Wszystko w porządku? — spojrzała badawczo na nieznajomego, bo i nie pasowała jej ta dziwna bladość twarzy.
Cholera wie, może ma taką urodę?