29.06.2024, 11:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.06.2024, 11:56 przez The Lightbringer.)
Za sceną, a potem namioty artystów
Jeżeli nie teraz, to kiedy? Usłyszawszy odmowę Laurenta, Jim nie pokusił się o żaden komentarz, tylko przeżegnał go – szybko, ale uroczyście – unosząc dłoń w dobrze znanym geście, tym samym, którym rozpoczynał zawsze modlitwę i każdy ze swych występów. Kimkolwiek był nowopoznany chłopak, nie powinien odchodzić bez błogosławieństwa, w złości, bo to czyniło go przecież podatnym na podszepty Złego w swym rozgoryczeniu. To nie była jego wina, że Jim dorównywał czasem delikatnością erupcji wulkanu, a jego motywy były równie przejrzyste, co gryzący w oczy popiół. W przeciwieństwie do Jima, Bóg był łagodnym powiewem wiatru – tak, jak przepowiadał Eliasz – wiatru, który rozganiał wulkaniczny pył, chłodząc poparzoną skórę.
Jeżeli nie teraz, to kiedy? Chłopaka musiała łączyć z Flynnem większa zażyłość, niż Jim początkowo pozwolił sobie przypuszczać, skoro ten zakładał, że kiedykolwiek jeszcze będą mieli okazję się spotkać. Nie wykluczał, że była to tylko zręczna wymówka, mająca ukrócić jego ewangelizacyjne zapędy, ale – ku swemu własnemu zdziwieniu – uwierzył Laurentowi. Nie dlatego, że ten miał twarz podobną aniołom – nawet Diana, wobec której Jim żywił niezdrowy sentyment, nie potrafiła go tak do końca zaślepić swym pięknem, nie, on wkładał dłoń w płomię jej duszy, w pełni świadom tego, że się sparzy – teraz, kiedy emocje nieco opadły, wyczuł w nieznajomym szczerość. Nagle poczuł się tak, jak zawsze się czuł, kiedy kłócił się z rodzeństwem: nakrzyczał właśnie na dzieciaka. Dzieciaka, którego pewnie zwiódł jakiś interesowny klecha, i wcisnął do ręki szkodliwe badziewie. Ile ten chłopak może mieć lat, bo na pewno nie więcej od Elaine, pomyślał poirytowany Jim, kiedy Laurent stał, i patrzył na niego wielkimi, obrażonymi oczami młodszej siostry. Jim nie był na tyle naiwny, by zignorować bezpośrednie zagrożenie w postaci oklątwionej wody, ale gładko przemilczał niedopowiedzenia dotyczące jego relacji z Edgem: przełknął pytania, które chciał zadać obojgu, choć wewnętrznie krztusił się tak, jak gdyby przyjął komunię po świętokradzkiej spowiedzi.
Z zamyślenia wyrwało go dopiero potknięcie Flynna. Upadł na bruk ciężej niż Jezus pod ciężarem krzyża. Jim drgnął, chcąc ruszyć w jego stronę, ale tamten zdołał się już dźwignąć na nogi. No i po cholerę targasz za sobą ten krzyż, miał ochotę nagle zapytać, widząc wymęczoną twarz brata, za jakie tajemnice chcesz na nim umrzeć? Zacisnął usta w wąską kreskę. W jego głowie, Flynn wciąż był trochę dzieciakiem. Nie, że głupim, nie, on był mądrym, nawet bardzo mądrym dzieciakiem – takim, który potrafi zaskoczyć swoim geniuszem – ale wciąż, dzieciakiem. Kiedyś, kiedy byli o wiele młodsi, prawie się z nim pobił z tego powodu. Z zazdrości. Kiedy słyszał przypowieść o talentach pogrzebanych w ziemi, zawsze myślał bowiem o Flynnie. Czasem miał ochotę pogonić go z łopatą dookoła cyrku, warcząc, by odkopał te pieprzone talenty – tak jak siostry warczały, by posprzątał wreszcie swoją przyczepę, bo oprócz pleśni, zalęgły się tam też boginy – bo niewątpliwie zdążył zakopać już w ziemi fortunę przekraczającą wyobrażenia ewidencji banku Gringotta.
A Jim, Jim czuł się teraz stary, bardzo stary – stał teraz z boku, ale nie jak dzieciak, z którym nikt nie chce się bawić, tylko jak zgrzybiały starzec z demencją – ale z wiekiem wcale nie zyskiwał na mądrości. Czuł się stary, bo nie rozumiał pędu otaczającego go świata neonu – być może nie chciał rozumieć, żyjąc życiem średniowiecznego ascety, mówiąc słowami natchnionych proroków, czcząc ogień jak neandertalski praczłowiek, jak poganin – w takich chwilach, marzył po prostu, by jego życie było otoczone murami zakonu, otoczone bezpieczną tarczą Słowa Bożego, uregulowane kapitularzem. Może wtedy wiedziałby, co zrobić.
– Muszę dokonać ablucji – wydusił z siebie szybko – tors dalej miał przecież pomazany łacińskimi inskrypcjami wykonanymi czerwoną farbą, choć zdążył międzyczasie narzucić na siebie rozpiętą koszulę – nic tu było po nim, przypomniał zresztą sobie, że musi oddać skradziony portfel wypełniony prezerwatywami dla wścibskiego dziennikarza z Proroka.
Zniknął niepostrzeżenie we wnętrzu namiotu dla artystów.
Jeżeli nie teraz, to kiedy? Usłyszawszy odmowę Laurenta, Jim nie pokusił się o żaden komentarz, tylko przeżegnał go – szybko, ale uroczyście – unosząc dłoń w dobrze znanym geście, tym samym, którym rozpoczynał zawsze modlitwę i każdy ze swych występów. Kimkolwiek był nowopoznany chłopak, nie powinien odchodzić bez błogosławieństwa, w złości, bo to czyniło go przecież podatnym na podszepty Złego w swym rozgoryczeniu. To nie była jego wina, że Jim dorównywał czasem delikatnością erupcji wulkanu, a jego motywy były równie przejrzyste, co gryzący w oczy popiół. W przeciwieństwie do Jima, Bóg był łagodnym powiewem wiatru – tak, jak przepowiadał Eliasz – wiatru, który rozganiał wulkaniczny pył, chłodząc poparzoną skórę.
Jeżeli nie teraz, to kiedy? Chłopaka musiała łączyć z Flynnem większa zażyłość, niż Jim początkowo pozwolił sobie przypuszczać, skoro ten zakładał, że kiedykolwiek jeszcze będą mieli okazję się spotkać. Nie wykluczał, że była to tylko zręczna wymówka, mająca ukrócić jego ewangelizacyjne zapędy, ale – ku swemu własnemu zdziwieniu – uwierzył Laurentowi. Nie dlatego, że ten miał twarz podobną aniołom – nawet Diana, wobec której Jim żywił niezdrowy sentyment, nie potrafiła go tak do końca zaślepić swym pięknem, nie, on wkładał dłoń w płomię jej duszy, w pełni świadom tego, że się sparzy – teraz, kiedy emocje nieco opadły, wyczuł w nieznajomym szczerość. Nagle poczuł się tak, jak zawsze się czuł, kiedy kłócił się z rodzeństwem: nakrzyczał właśnie na dzieciaka. Dzieciaka, którego pewnie zwiódł jakiś interesowny klecha, i wcisnął do ręki szkodliwe badziewie. Ile ten chłopak może mieć lat, bo na pewno nie więcej od Elaine, pomyślał poirytowany Jim, kiedy Laurent stał, i patrzył na niego wielkimi, obrażonymi oczami młodszej siostry. Jim nie był na tyle naiwny, by zignorować bezpośrednie zagrożenie w postaci oklątwionej wody, ale gładko przemilczał niedopowiedzenia dotyczące jego relacji z Edgem: przełknął pytania, które chciał zadać obojgu, choć wewnętrznie krztusił się tak, jak gdyby przyjął komunię po świętokradzkiej spowiedzi.
Z zamyślenia wyrwało go dopiero potknięcie Flynna. Upadł na bruk ciężej niż Jezus pod ciężarem krzyża. Jim drgnął, chcąc ruszyć w jego stronę, ale tamten zdołał się już dźwignąć na nogi. No i po cholerę targasz za sobą ten krzyż, miał ochotę nagle zapytać, widząc wymęczoną twarz brata, za jakie tajemnice chcesz na nim umrzeć? Zacisnął usta w wąską kreskę. W jego głowie, Flynn wciąż był trochę dzieciakiem. Nie, że głupim, nie, on był mądrym, nawet bardzo mądrym dzieciakiem – takim, który potrafi zaskoczyć swoim geniuszem – ale wciąż, dzieciakiem. Kiedyś, kiedy byli o wiele młodsi, prawie się z nim pobił z tego powodu. Z zazdrości. Kiedy słyszał przypowieść o talentach pogrzebanych w ziemi, zawsze myślał bowiem o Flynnie. Czasem miał ochotę pogonić go z łopatą dookoła cyrku, warcząc, by odkopał te pieprzone talenty – tak jak siostry warczały, by posprzątał wreszcie swoją przyczepę, bo oprócz pleśni, zalęgły się tam też boginy – bo niewątpliwie zdążył zakopać już w ziemi fortunę przekraczającą wyobrażenia ewidencji banku Gringotta.
A Jim, Jim czuł się teraz stary, bardzo stary – stał teraz z boku, ale nie jak dzieciak, z którym nikt nie chce się bawić, tylko jak zgrzybiały starzec z demencją – ale z wiekiem wcale nie zyskiwał na mądrości. Czuł się stary, bo nie rozumiał pędu otaczającego go świata neonu – być może nie chciał rozumieć, żyjąc życiem średniowiecznego ascety, mówiąc słowami natchnionych proroków, czcząc ogień jak neandertalski praczłowiek, jak poganin – w takich chwilach, marzył po prostu, by jego życie było otoczone murami zakonu, otoczone bezpieczną tarczą Słowa Bożego, uregulowane kapitularzem. Może wtedy wiedziałby, co zrobić.
– Muszę dokonać ablucji – wydusił z siebie szybko – tors dalej miał przecież pomazany łacińskimi inskrypcjami wykonanymi czerwoną farbą, choć zdążył międzyczasie narzucić na siebie rozpiętą koszulę – nic tu było po nim, przypomniał zresztą sobie, że musi oddać skradziony portfel wypełniony prezerwatywami dla wścibskiego dziennikarza z Proroka.
Zniknął niepostrzeżenie we wnętrzu namiotu dla artystów.
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić