29.06.2024, 11:40 ✶
– Czymże jesteś,
Że w tej godzinie nocy chcesz się wałęsać
W postaci pięknej, wojowniczej,
W jakiej czasem majestat pogrzebanej
Danii chodził? – próbował cytować szczerze i z pełnia powagi, choć ledwie dawał radę powstrzymać śmiech, mląc w ustach wyrzut że został sprowadzony do roli zdystansowanego powiernika i świadka wydarzeń. Z drugiej strony, czyż nie słusznie? Wszak to on obserwował upadek swojego przyjaciela, sam mają przestrzeń by okazywać mu opanowanie i rozsądek, choć może nie w chwili, gdy zaproponował "wizytę" w teatrze. Zawsze też mogło być gorzej. Zawsze mógł być w głowie Jonathana zestawiony skojarzeniami z Ofelią.
Podtrzymał więc chwiejącego się, gratulując mu artystycznej, plastycznej ekspresji, a potem podążył za nią do wspomnianego okna.
– Będziesz wykopywał czaszki i rozważał sens istnienia i zemsty? Błagam nie rób tego. Zaklinam. Oddam Ci wiele za to byś wybrał inną sztukę. Może tą zabawniejszą? Przecież zawsze wolałeś te śmieszne... – Namawiał go, woląc błaznować z nim niż rozpaczać. O słodka ironio, czyż zwykle nie było odwrotnie, gdy Jonathan interpretował jego introwertyczne spojrzenie w okno, jako naglącą potrzebę i jednoznaczny sygnał do tego, by odwiedzić wesołe miasteczko? A teraz proszę, sam musiał stosować jego techniki na poprawę humoru, choć teraz gdy jego zamroczony alkoholem dotarł do tych skojarzeń, nie był pewien czy może właśnie nie powinni odwiedzić gabinetu luster zamiast wielkiej sali na której Jonathan - mimo najszczerszych chęci własnych i serdecznych życzeń ze strony przyjaciół - najprawdopodobniej już nigdy nie wystąpi. – I bez czarów kolego! – czknął ponownie podpierając się o ścianę. – Wypiliśmy tyle tych błękitnych fiolek, że nasza krew pewnie też w końcu ma jej kolor. Dzisiejsza premiera tak! Czarowanie niet. – Zadarł głowę i spojrzał w pozbawione gwiazd i nadziei niebo. Alcuin nie pochwalałby tego. Już słyszał jego zaniepokojony głos ustawiający go do pionu, wszak takim zachowaniem ryzykował swoją urzędniczą karierę. Westchnął ciężko skupiając się na Jonathanie i uśmiechem kryjąc nagły niepokój.
– Biegnij, biegnij, wiem jak lubisz być pierwszy. – parsknął. – Tylko zajmij mi miejsce tuż obok siebie poproszę. – zachichotał niekontrolowaną salwą i ewentualnie próbował pomóc uporać się przyjacielowi z wejściem do środka.
Że w tej godzinie nocy chcesz się wałęsać
W postaci pięknej, wojowniczej,
W jakiej czasem majestat pogrzebanej
Danii chodził? – próbował cytować szczerze i z pełnia powagi, choć ledwie dawał radę powstrzymać śmiech, mląc w ustach wyrzut że został sprowadzony do roli zdystansowanego powiernika i świadka wydarzeń. Z drugiej strony, czyż nie słusznie? Wszak to on obserwował upadek swojego przyjaciela, sam mają przestrzeń by okazywać mu opanowanie i rozsądek, choć może nie w chwili, gdy zaproponował "wizytę" w teatrze. Zawsze też mogło być gorzej. Zawsze mógł być w głowie Jonathana zestawiony skojarzeniami z Ofelią.
Podtrzymał więc chwiejącego się, gratulując mu artystycznej, plastycznej ekspresji, a potem podążył za nią do wspomnianego okna.
– Będziesz wykopywał czaszki i rozważał sens istnienia i zemsty? Błagam nie rób tego. Zaklinam. Oddam Ci wiele za to byś wybrał inną sztukę. Może tą zabawniejszą? Przecież zawsze wolałeś te śmieszne... – Namawiał go, woląc błaznować z nim niż rozpaczać. O słodka ironio, czyż zwykle nie było odwrotnie, gdy Jonathan interpretował jego introwertyczne spojrzenie w okno, jako naglącą potrzebę i jednoznaczny sygnał do tego, by odwiedzić wesołe miasteczko? A teraz proszę, sam musiał stosować jego techniki na poprawę humoru, choć teraz gdy jego zamroczony alkoholem dotarł do tych skojarzeń, nie był pewien czy może właśnie nie powinni odwiedzić gabinetu luster zamiast wielkiej sali na której Jonathan - mimo najszczerszych chęci własnych i serdecznych życzeń ze strony przyjaciół - najprawdopodobniej już nigdy nie wystąpi. – I bez czarów kolego! – czknął ponownie podpierając się o ścianę. – Wypiliśmy tyle tych błękitnych fiolek, że nasza krew pewnie też w końcu ma jej kolor. Dzisiejsza premiera tak! Czarowanie niet. – Zadarł głowę i spojrzał w pozbawione gwiazd i nadziei niebo. Alcuin nie pochwalałby tego. Już słyszał jego zaniepokojony głos ustawiający go do pionu, wszak takim zachowaniem ryzykował swoją urzędniczą karierę. Westchnął ciężko skupiając się na Jonathanie i uśmiechem kryjąc nagły niepokój.
– Biegnij, biegnij, wiem jak lubisz być pierwszy. – parsknął. – Tylko zajmij mi miejsce tuż obok siebie poproszę. – zachichotał niekontrolowaną salwą i ewentualnie próbował pomóc uporać się przyjacielowi z wejściem do środka.