8.07.1972
sobota
południe
apartament Celine
Nawet podczas tak ważnej misji nie potrafiła usiedzieć w miejscu. Ambroise Delacour znany był Urlett od kilku lat. Łączyły ich stosunki zawodowe. Naukowcy, twórcy eliksirów, badacze niezwykłych właściwości zwykłych obiektów. Zwróciła się do niego o pracę jeszcze przed wyjazdem do Londynu, a on chętnie włączył ją w krąg swojego zespołu badawczego. Nieoczekiwanie okazał się być przydatniejszy, niż to zakładała. Miał córkę, w zbliżonym wieku, dobrze usytuowaną społecznie. Idealna osoba do realizacji celów Urlett.
Prosta szata zapięta była na plecach gęstym rzędem materiałowych guziczków. Tkanina opinała szyję, całe ręce i kończyła się kilka centymetrów przed ziemią, odsłaniając równie minimalistyczne, skórzane trzewiki. Urlett włosy miała spięte z tyłu głowy. Lewa dłoń zastukała do drzwi, prawa zwisała spokojnie wzdłuż tułowia. Oczy wyczekiwały nowej twarzy, na ustach krążył obłąkany uśmiech. Celine pewnie nie tego spodziewała się po umówionym gościu, ale teraz nie było już odwrotu.