29.06.2024, 17:20 ✶
siedzę w kiblu z Ulyssesem
Lyssa odrobinę, ale tylko troszkę żałowała, że była to aż tak sztywna, czystokrwista impreza i nie było możliwości, żeby znalazła tutaj gdzieś Lockharta. Wtedy sprawy byłyby o wiele prostsze - raz dwa znalazłaby sobie zajęcie i to takie, które mogło ją ładnie komplementować, potańczyć z nią i dotrzymać jej towarzystwa. Bawiłaby się wtedy całkiem dobrze, tego była pewna. A zamiast tego musiała znosić... to.
Oboje najwyraźniej byli zachwyceni z tego samego powodu - Lyssa zgrzytała zębami na samą myśl, że ta sytuacja już zawsze będzie z nią. Co prawda oblanie go nieco polepszało ten moment, ale satysfakcja uleciała bardzo szybko, pozostawiając miejsce tylko zażenowaniu i złości. Wygłupiła się, a dodatkowo została bezczelnie wyśmiana na oczach wszystkich. Cokolwiek by teraz nie zrobił, najadła się wstydu do tego stopnia, by to siebie uznawać za najbardziej poszkodowaną w tym całym incydencie.
Słysząc jego kolejne, jakże bzdurne, znowu obrażające ją słowa, nabrała powietrza w płuca oburzona. Chciała mu coś odpyskować, ale ten brnął dalej i po chwili dziewczyna zmarszczyła w niezrozumieniu brwi, już w ogóle nie będąc pewną, jaki był jego problem. Rozejrzała się, absolutnie gotowa złapać za kolejnego drinka i ponowić całą operację chluśnięcia mu w twarz, nawet nie mając czasu na to, żeby poczuć zadowolenie związane z tym że wyraźnie się złościł. Bo kiedy się kłóciła, szybko przestawało chodzić o jakąkolwiek sprawiedliwość i najważniejsze było, żeby przeciwnika sprowadzić jak najniżej i jak najbardziej zdenerwować.
Już go chciała dalej wyjaśniać, ale kiedy oderwała spojrzenie od blatu, chcąc go obcesowo zlustrować od stóp do głów, jakby był najbardziej godną pożałowania rzeczą, z jaką właśnie przyszło się jej zmierzać, ten już był odwrócony i parł przed siebie w stronę łazienki. O co to to nie. Jeśli Ulysses myślał, ze tak łatwo będzie mu wyjść z tej rozmowy, to się grubo mylił, bo Mulciber zaraz wyrwała w ślad za nim, doganiając go w drzwiach łazienki.
- Jak bardzo aroganckim, egocentrycznym dupkiem musisz być, żeby myśleć że cokolwiek miało związek z tobą? - zmierzyła go wściekłym spojrzeniem, tym bardziej rozsierdzona że doprowadził ją do stanu, kiedy angielszczyzna w jej ustach wykrzywiała się, nabierając rytmu który nadawał jej francuski akcent. Od tego wszystkiego poczerwieniała na policzkach, bo za kogo on się właściwie uważał? - Kim ty jesteś, Merlinem Odrodzonym, że uważasz, że wszystko kręci się wokół ciebie? Bo co, nie mam co robić, tylko czekać i umawiać się z innymi, żeby łaskawego pana ośmieszyć? - trzasnęła drzwiami zamykając ich w środku, chyba nie do końca świadoma jak ta sytuacja mogła wyglądać z zewnątrz. Ale czemu by miała? Zbyt zajęta była przewijaniem sobie w głowie tego, jak ładnie do tej pory Rookwood ją określił, bezpośrednio czy pośrednio, z radością gotowa sobie dopowiedzieć to, co tylko jej pasowało w tym momencie. - Ewidentnie cudownie się bawiłeś, kiedy coś nie pozwoliło mi przestać śpiewać, więc przestań wykręcać się w jakiejś idiotycznej próbie, że to ja tutaj cię upokorzyłam. Bo cokolwiek tam zaszło - wskazała za siebie, na zamknięte drzwi, ewidentnie mając na myśli bar, przy którym jeszcze przed chwilą się znajdowali. - to wszystko twoja wina! - tupnęła nogą, zaciskają w złości pięści.
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.