Wyciągnięta dłoń, którą wskazywał na piękne słońce, nim oparł palce na własnym gardle. Był z siebie zadowolony. Zazwyczaj w takich momentach z zapartym tchem w piersiach czekał na moment, w którym druga strona coś powie. Spoglądał w oczy Astarotha i przecież powinien być w nim zachwyt. Miłość, uwielbienie wobec niego, wobec jego głosu, wobec wszystkiego, co mógł wymalować przed innymi swoim głosem, chociaż nie był poetą i nie był też malarzem. Mimo to malować mógł. Pytali się go, czy układa wiersze i czy myślał nad tym, by pisać. Czy chciałby malować. Czy jest artystą. Nie, nie i nie. Tylko śpiewał, tylko czarował słowem. Nie mógł pędzlem stworzyć obrazu, więc starał się stworzyć go każdym drgnięciem strun głosowych. Czasem zależało mu na tym bardziej, niekiedy pozwalał sobie na więcej... Więc, panie Yaxley, gdzie to uwielbienie?
Widział wszystko, tylko nie uwielbienie. Mieszankę emocji tak głęboko, że przecinała duszę na wskroś. Przecięło też i jego - to spojrzenie, jakim był teraz raczony. Doświadczał czegoś więcej niż banalnego zachwytu głosem czy obrazem. Miał właśnie przed sobą złamanego człowieka, którego łzy się nie trzymały, ale płakał - widział to w nim. Ten płacz, niemy i bezowocny, poruszył sercem Laurenta i przeszył skórę gęsią skórką. Podobno współczucie było złe. Mieszało się i kojarzyło z tym, że widzisz w kimś słabość. Było więc tylko złe wtedy, kiedy słabości kojarzyłeś z czymś złym. To, co właśnie rządziło sercem i umysłem Yaxleya, złe nie było. Było piękne. Piękno rozpływało się wokół tej bańki, którą mieli dookoła siebie - przejrzystej, niezauważalnej gołym okiem. Jakże zdziwiliby się ludzie widząc wschód słońca. Chyba nawet bardziej, niż zdziwiony był Astaroth, który spełnił swój mały-wielki plan C, chociaż nawet go nie planował. Po raz kolejny selkie wziął kontrolę nad jego życiem na kilka chwil, chociaż za pierwszym razem zrobił to zupełnie nieświadomie. I wcale nie chciał. Dzisiaj... dzisiaj tak jak mógł mu oddać kawalątek siebie, swojego talentu i marzenia, które tkwiło w jego głowie. Tak sądził, że przecież dla kogoś, kto kroczył między cieniami to właśnie słońce będzie tym, co dotknąć chciałby najbardziej. To musiało boleć. Piosenka wydawała się pasować aż za bardzo do tego obrazka - przyszła naturalnie do jego głowy. No popatrz. Wierzę w to, że słońce wstanie każdego dnia, że dla każdego z nas jest jeszcze nadzieja. Wierzę w to, że każdy może odnaleźć swoją przestrzeń w tym życiu i dla każdego jest szansa. Dla Astarotha też była. Czy ją widział? Potrafił na nią spoglądać? Wydawało mu się, że w tej chwili ta wiara i nadzieja miała personifikację w... jego osobie. Że Astaroth spoglądał na niego, jakby przez tę chwilę stał się jego nadzieją, jego wiarą, jego bólem dawnych lat i jego szczęściem chwili obecnej. Wszystkim i niczym. Tą mieszanką emocji, której dokładnie nie potrafił rozczytać, bo tak wielu rzeczy nie wiedział, ale rozumiał jej głębię.
- Och..! - Otworzył szerzej oczy nie spodziewając się tak szybkiego i nagłego ruchu. Spodziewał się bólu. Aż zamarł w bezruchu, zorientował się, że się spiął, że strach jako pierwszy uderzył w jego serce. To wszystko, czym był Astaroth... ale to wszystko było przytuleniem chłodnego ciała. I tak rozluźniły się mięśnie Laurenta, tak uśmiech powrócił na jego wargi, a on sam oparł dłonie na jego plecach. Przytulił go do siebie. Już dobrze. Nie było dobrze, dlatego tego nie powiedział. Przesunął uspokajająco dłonią raz, drugi, głaszcząc go po tych plecach. - To chyba znaczy, że było przynajmniej znośne? - Zapytał tak cicho, jakby stanowiło to wielki sekret między nimi. Taka mała-wielka tajemica. Co ma być to będzie. Zupełnie rozluźnił się w tych ramionach, chociaż wcale nie ufał temu, że ten przejaw ludzkich emocji nie będzie miał wpływu na instynkt pragnący krwi. Może to się nawet jakoś łączyło..?
Pozwolił mu zostać w tej pozycji tak długo, jak długo tego potrzebował.