29.06.2024, 21:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.10.2024, 09:34 przez Charlotte Kelly.)
Przewijam się koło koła fortuny, a potem znikam w bliżej nieokreślonym kierunku
Scena zagrodziła wejście do jej mieszkania.
Charlotte Kelly była z tego powodu poważnie zirytowana.
Niestety, było nieco zbyt wielu świadków w pobliżu, aby mogła po prostu znaleźć i przekląć odpowiedzialnych – zresztą odpowiedzialnych prawdopodobnie było przynajmniej kilku i nie nadążyłaby z rzucaniem na nich przekleństw. Większość oferowanych na straganach przedmiotów absolutnie nie trafiała w jej gusta, bo nawet jeżeli musiała swego czasu znacząco obniżyć standard życia, a teraz była raczej średnio zamożna niż obrzydliwie bogata, to wciąż tkwił w niej pewien snobizm, podszeptujący, że kupowanie dżemów na jarmarku leży poniżej jej godności. Biżuteria Viorici przyciągnęła wprawdzie uwagę Charlotte i może nawet tam by przystanęła, jakoś przełykając tę gorzką myśl, że ach, kiedyś to mogłaby robić zakupy biżuteryjne w Paryżu albo w Mediolanie, ale zebrał się tam trochę za duży tłum, aby chciało się jej tratować staruszki, odpychać dzieci i ewentualnie omdlewać na co przystojniejszych dżentelmenów.
Humor poprawił się jej jednak dość szybko, gdy odkryła, że na stoisku Anthony’ego można się napić wina (skorzystała czym prędzej) i już w nieco lepszym nastroju skierowała się w drugą stronę (na całe szczęście ominęła to całe zamieszanie przy stoisku ze świecami, bo chociaż może i rozbawiliby ją przedstawiciele rodów czystej krwi okładający się nawzajem świeczkowymi kutasami i dostający na widok tychże kutasów zawałów, to jednak wśród tych przepychanek ktoś mógłby podeptać jej nowe buty albo ubrudzić sukienkę).
Przystanęła na moment przy kole fortuny, zaintrygowana nieco przedmiotami, z którymi niektórzy od niego odchodzili. Wysupłała z kieszeni drobne, kupiła dwa losy – cóż, całkiem lubiła hazard – a potem po zakręceniu kołem, odpłynęła gdzieś dalej, szukać miejsca, gdzie tłum nie będzie tak gęsty. Po drodze zahaczyła też o stoisko kowenu, by kupić tam parę świeczek.
Scena zagrodziła wejście do jej mieszkania.
Charlotte Kelly była z tego powodu poważnie zirytowana.
Niestety, było nieco zbyt wielu świadków w pobliżu, aby mogła po prostu znaleźć i przekląć odpowiedzialnych – zresztą odpowiedzialnych prawdopodobnie było przynajmniej kilku i nie nadążyłaby z rzucaniem na nich przekleństw. Większość oferowanych na straganach przedmiotów absolutnie nie trafiała w jej gusta, bo nawet jeżeli musiała swego czasu znacząco obniżyć standard życia, a teraz była raczej średnio zamożna niż obrzydliwie bogata, to wciąż tkwił w niej pewien snobizm, podszeptujący, że kupowanie dżemów na jarmarku leży poniżej jej godności. Biżuteria Viorici przyciągnęła wprawdzie uwagę Charlotte i może nawet tam by przystanęła, jakoś przełykając tę gorzką myśl, że ach, kiedyś to mogłaby robić zakupy biżuteryjne w Paryżu albo w Mediolanie, ale zebrał się tam trochę za duży tłum, aby chciało się jej tratować staruszki, odpychać dzieci i ewentualnie omdlewać na co przystojniejszych dżentelmenów.
Humor poprawił się jej jednak dość szybko, gdy odkryła, że na stoisku Anthony’ego można się napić wina (skorzystała czym prędzej) i już w nieco lepszym nastroju skierowała się w drugą stronę (na całe szczęście ominęła to całe zamieszanie przy stoisku ze świecami, bo chociaż może i rozbawiliby ją przedstawiciele rodów czystej krwi okładający się nawzajem świeczkowymi kutasami i dostający na widok tychże kutasów zawałów, to jednak wśród tych przepychanek ktoś mógłby podeptać jej nowe buty albo ubrudzić sukienkę).
Przystanęła na moment przy kole fortuny, zaintrygowana nieco przedmiotami, z którymi niektórzy od niego odchodzili. Wysupłała z kieszeni drobne, kupiła dwa losy – cóż, całkiem lubiła hazard – a potem po zakręceniu kołem, odpłynęła gdzieś dalej, szukać miejsca, gdzie tłum nie będzie tak gęsty. Po drodze zahaczyła też o stoisko kowenu, by kupić tam parę świeczek.