Spoglądał na Jima i nie można było powiedzieć, że miło czy przychylnie. Był najeżony. Zły. Zapędzony już w kąt nadmiarem kolejnych negatywów i pechowo trafiło na Jima, który już przelał czarę goryczy. Fakt, że to zrobił, wcale nie poprawiał jego nastroju. Nie powinien i przyjdzie w końcu moment, kiedy będzie żałował. Zaraz potem będzie się przed samym sobą tłumaczył, a może i w końcu by zapomniał, ale już zapowiedział, że wróci. I zamierzał tego słowa dotrzymać. Tylko... już na pewno nie dzisiaj. A teraz patrzył już z niepewną miną dlatego, że sam nie rozumiał, co ten religijny szaleniec do nich powiedział. Wizja jego leżącego pod krzyżem, jak to sam sobie Flynn wytłumaczył, brzmiała przekonująco. Na tyle, żeby odprowadził go spojrzenie i nie dopytywać, co to za słowo "abdukcja"... do sprawdzenia w słowniku. Nie lubił nie wiedzieć. Tym bardziej, że kiedy czegoś nie rozumiesz to wychodzisz na głupca. Przynajmniej w takim towarzystwie, gdzie już wszystko w nim krzyczało, żeby trzymać głowę wysoko i nie stracić nawet malutkiego cienia pozorności, że wszystko jest pod kontrolą.
- Jesteś kiepski w grę "domyśl się". - Trochę zabrzmiało to jak pytanie, ale jednocześnie było bardziej stwierdzeniem. Starał się bardziej rozluźnić, przyjąć spokojniejszy ton, starał się... znormalnieć. Nie był przekonany, czy dobrze mu to wychodziło, ale w żadnym wypadku nie robił z tego wyrzutów, właściwie potraktował to żartobliwie. Tą "obrażoną panienkę". - Kiedy obrażona panienka odchodzi to liczy na to, że się za nią pobiegnie. - Żartobliwie, bo w zasadzie on na to nie liczył i nie po to odszedł. Teraz spojrzał na nogi Edga, na jego dłonie, z myślą, że pewnie kolana też sobie zdarł jak tak wylądował. Biorąc poprawkę na ilość jego blizn pewnie na takie otarcia nie zwracał nawet uwagi. Z drugiej strony z doświadczenia Laurenta - otarcia i zdarta skóra od upadku była gorsza od przeciętej nogi pazurami inferiusa. Miał doświadczenie - wiedział, co mówi. - Uprzedzając twoje galopujące w zawsze zagadkowy dla mnie sposób myśli: nie zrobiłem tego z premedytacją i z taką kalkulacją. - Ponieważ był w stanie uwierzyć, że Flynn sobie coś takiego pomyśli, albo zrobi z tego jakąś regułę postępowań... sam nie był pewien. Ten człowiek w jednej chwili zachowywał się tak, w drugiej inaczej. - Obawiam się, że czasami trzeba wybrać. - Między osobami. Nawet jeśli chodzi o głupie zakręcenie kołem, które sobie Flynn wymarzył. I tego też nie powiedział z wyrzutem, ale akurat miał tak wspaniały humor, że jego nie zdzierżyłby towarzystwa osoby, która go powyzywała na "dzień dobry". Ruszył w stronę straganów.
- Owszem, nie muszę. Chcę. - Odparł spokojnie, ale rzeczowo. Trochę napiętym głosem przez to, jak trochę zeszły z niego emocje przez tknięcie tego głupiego serduszka tajemniczym podarunkiem. Laurent tylko namierzył pierwszą lepszą ławkę z brzegu, żeby na niej przysiąść i klepnąć miejsce obok siebie. Odłożył koszyk z Divą, która fuczała cicho obserwując czujnie Flynna wielkimi jak pięciozłotówki ślepiami. Pakuneczek położył na ławeczce przy sobie - między sobą a Flynnem. Wyciągnął do niego dłoń i wyciągnął różdżkę. - Daj rękę. - Albo daj łapę. Można się pomylić. - Czy ciebie w ogóle bolą takie rzeczy? - Akurat zapytał z troski, ale chyba jego głos zabrzmiał bardziej lakonicznie. - Jak się czujesz?