29.06.2024, 23:50 ✶
Wścibscy ludzie mieli to do siebie, że łaknęli informacji z pierwszej ręki już, teraz, natychmiast. I choćby Robertowi ręka od machania wahadełkiem miała odpaść, to tej części Lorkowej natury najwyraźniej nie był w stanie zmienić.
Może powinien był ją w Szkocji zostawić, w ciszy i spokoju opuszczonej posiadłości, gdzie mogłaby knuć te swoje małe plany, pisać rozprawy polityczne i fantazjować o świecie doskonałym. Może w ogóle w pierwszym kroku nie powinien był tam jej zaciągać tylko pozwolić żyć radosnym życiem w słonecznej Francji? Ale skoro tego nie zrobił, to musiał liczyć się z miniaturową konsekwencją swoich czynów aktualnie uwieszoną mu u ramienia. Przecież była dobrą żoną - zawsze przy jego boku, jak cień kontrolujący każdy ruch; każde posunięcie, które mogłoby im zaszkodzić. Bo wbrew pozorom - ostatnią rzeczą jakiej Lorien teraz chciała był wielki, mityczny upadek rodu Mulciberów, a to że jak zwykle Robert wybrał najbardziej skomplikowaną drogę, zamiast z nią uczciwie porozmawiać - oh well. Ten typ tak miał, że lubił sobie utrudniać życie. I nie chodziło tu nawet o bycie pantoflem. Chodziło nie popełnienie głupich błędów, dobranie złych słów czy palnięcie czegoś spo ściągnie na nich wszystkich problemy. Z aurorami się nie rozmawia bez obecności prawnika. Zwłaszcza takimi, którzy mają wiele do udowodnienia.
- Chciałam się tylko upewnić, czy coś wiadomo. - Powiedziała niemal... czule. Jak troskliwa macocha, która właśnie przeżyła katusze. Porwali jej dziecko!
W żaden sposób nie zareagowała na pocałunek. Nigdy na takowe nie reagowała inaczej niż minimalnym uśmiechem, którym maskowała niechęć do jakiejkolwiek bliskości. Już sam dotyk, choć tak łatwy, niemal naturalny - sprawiał Lorien okrutne trudności.
- Arteus. - Skinęła kulturalnie głową równocześnie na przywitanie i pożegnanie. Raport. Oczywiście, zrozumiałe. Nie zamierzała go zatrzymywać i stać na drodze do słodkiego randez-vous z biurokracją.
Prawda jest taka, że jeszcze kilka lat temu za bycie traktowaną jak powietrze, jak ładna laleczka przy boku mężczyzny - nieważne czy ojca czy współpracownika czy nawet samego Ministra Magii, Lorien rozpętałaby małe piekło na ziemi i zażądała od Harper głowy gagatka na talerzu.
Ale teraz… Po prostu jeszcze przez moment stała w miejscu, Z jednej strony kompletnie zszokowana brakiem ogłady i szacunku dla stanowiska, które obejmowała; z drugiej - tym co usłyszała. Borgin był poszukiwany?
Zerknęła kątem oka na Roberta doszukując się jakiejkolwiek naturalnej reakcji na to. Wiedział o tym?! W tej samej chwili Lorien postanowiła wrócić do stolika. Albo w ogóle opuścić lokal - decyzje podejmie pewnie po drodze. Złapała kontakt wzrokowy z Mulciberem. Nie musiała nawet kiwać głową, że rozumie. Po prostu oddaliła się spokojnie w stronę Richarda, którego porzuciła na pastwę samotności chwilę wcześniej. Auror najwyraźniej i tak był tak skupiony na Robercie, że nie zauważał świata dookoła.
Sięgnęła bez słowa po paczkę papierosów leżącą wciąż na blacie stolika. Nawet nie wysiliła się na żadne “proszę” ani “czy mogę?”. Wyraźnie nie była w nastroju do sztucznych grzeczności.
Odpaliła papierosa od własnej różdżki, po czym schowała ją ostrożnie do kieszonki w rękawie. Nerwowo paliła, postukując tymi swoimi długimi, czerwonymi pazurkami o drewniany podłokietnik. Starała się nie odrywać spojrzenia od męża i czegoś co z każdą chwilą coraz bardziej sprawiało wrażenie przesłuchania. Nie słyszała o czym rozmawiają, jakie padają pytania ani jak brzmią odpowiedzi, ale atmosfera rozmowy wyraźnie się zmieniła.
- Uważaj co mu mówisz.- Wymamrotała do siebie, ale Rick pewnie bez problemu mógł ją usłyszeć
Może powinien był ją w Szkocji zostawić, w ciszy i spokoju opuszczonej posiadłości, gdzie mogłaby knuć te swoje małe plany, pisać rozprawy polityczne i fantazjować o świecie doskonałym. Może w ogóle w pierwszym kroku nie powinien był tam jej zaciągać tylko pozwolić żyć radosnym życiem w słonecznej Francji? Ale skoro tego nie zrobił, to musiał liczyć się z miniaturową konsekwencją swoich czynów aktualnie uwieszoną mu u ramienia. Przecież była dobrą żoną - zawsze przy jego boku, jak cień kontrolujący każdy ruch; każde posunięcie, które mogłoby im zaszkodzić. Bo wbrew pozorom - ostatnią rzeczą jakiej Lorien teraz chciała był wielki, mityczny upadek rodu Mulciberów, a to że jak zwykle Robert wybrał najbardziej skomplikowaną drogę, zamiast z nią uczciwie porozmawiać - oh well. Ten typ tak miał, że lubił sobie utrudniać życie. I nie chodziło tu nawet o bycie pantoflem. Chodziło nie popełnienie głupich błędów, dobranie złych słów czy palnięcie czegoś spo ściągnie na nich wszystkich problemy. Z aurorami się nie rozmawia bez obecności prawnika. Zwłaszcza takimi, którzy mają wiele do udowodnienia.
- Chciałam się tylko upewnić, czy coś wiadomo. - Powiedziała niemal... czule. Jak troskliwa macocha, która właśnie przeżyła katusze. Porwali jej dziecko!
W żaden sposób nie zareagowała na pocałunek. Nigdy na takowe nie reagowała inaczej niż minimalnym uśmiechem, którym maskowała niechęć do jakiejkolwiek bliskości. Już sam dotyk, choć tak łatwy, niemal naturalny - sprawiał Lorien okrutne trudności.
- Arteus. - Skinęła kulturalnie głową równocześnie na przywitanie i pożegnanie. Raport. Oczywiście, zrozumiałe. Nie zamierzała go zatrzymywać i stać na drodze do słodkiego randez-vous z biurokracją.
Prawda jest taka, że jeszcze kilka lat temu za bycie traktowaną jak powietrze, jak ładna laleczka przy boku mężczyzny - nieważne czy ojca czy współpracownika czy nawet samego Ministra Magii, Lorien rozpętałaby małe piekło na ziemi i zażądała od Harper głowy gagatka na talerzu.
Ale teraz… Po prostu jeszcze przez moment stała w miejscu, Z jednej strony kompletnie zszokowana brakiem ogłady i szacunku dla stanowiska, które obejmowała; z drugiej - tym co usłyszała. Borgin był poszukiwany?
Zerknęła kątem oka na Roberta doszukując się jakiejkolwiek naturalnej reakcji na to. Wiedział o tym?! W tej samej chwili Lorien postanowiła wrócić do stolika. Albo w ogóle opuścić lokal - decyzje podejmie pewnie po drodze. Złapała kontakt wzrokowy z Mulciberem. Nie musiała nawet kiwać głową, że rozumie. Po prostu oddaliła się spokojnie w stronę Richarda, którego porzuciła na pastwę samotności chwilę wcześniej. Auror najwyraźniej i tak był tak skupiony na Robercie, że nie zauważał świata dookoła.
Sięgnęła bez słowa po paczkę papierosów leżącą wciąż na blacie stolika. Nawet nie wysiliła się na żadne “proszę” ani “czy mogę?”. Wyraźnie nie była w nastroju do sztucznych grzeczności.
Odpaliła papierosa od własnej różdżki, po czym schowała ją ostrożnie do kieszonki w rękawie. Nerwowo paliła, postukując tymi swoimi długimi, czerwonymi pazurkami o drewniany podłokietnik. Starała się nie odrywać spojrzenia od męża i czegoś co z każdą chwilą coraz bardziej sprawiało wrażenie przesłuchania. Nie słyszała o czym rozmawiają, jakie padają pytania ani jak brzmią odpowiedzi, ale atmosfera rozmowy wyraźnie się zmieniła.
- Uważaj co mu mówisz.- Wymamrotała do siebie, ale Rick pewnie bez problemu mógł ją usłyszeć