Nawet jak na chujowy humor cicho prychnął z rozbawienia i trochę niedowierzania tego, co słyszy. Uniósł wyżej brwi, spojrzał na Flynna sądząc, że ten żartuje... ale chyba nie żartował. Może nie powinno go to rozbawić. Może powinien siedzieć cicho, bo... bo lepiej było, jak się nie odzywał, ale potem słyszał, że ten czubek lubił, kiedy mówił. Mnóstwo sprzecznych informacji, tona niepewności i... i co? Czy on był właściwie tutaj na kogoś zły, czy po prostu już był zły na cały ten wielki świat?
- Flynn... ale ty się przewróciłeś biegnąc za mną. - I to znów było trooszkę jakby pytanie? Bo wcale nie był pewien, czy mężczyzna właśnie sobie z niego robił jaja i żartował, tylko był za bardzo przesiąknięty zmęczeniem i stresem po tym występie, czy może jednak mówił całkiem serio. Nie był pewien, bo ten obraz tego złego, hardego Flynna doskonale się tu przeplatał z tym całkowicie słodkim, uroczym, rumieniącym się. Uwielbiał obie te wersje - jedna była jak ekscytująca obietnica wściekłego wilka, z którym możesz zatańczyć i przekonać się, czy cię ugryzie, a druga słodkim labradorem, który będzie się do ciebie łaził i leżał pod nogami czekając na pogłaskanie. Chwilowo jednak nie potrafił docenić perfekcji tego szycia - jak skóra Fleamonta była ze sobą połączona, jak stanowiła idealną całość. Nakryta grubą łuską, ale jednocześnie miękka jak puchate włosie lisiego ogona. Człowiek ten widział tylko szarość, a prezentował sobą taki przekrój kolorów, że brak poznawania każdego odcienia jawiło się utratą czegoś ważnego. Ile odcieni mogła mieć czerwień? Przez jak wiele odmian przechodził róż? Ile zieleni mogliśmy w to wpleść, żeby zaznać spokoju? I nie ważne, ile tych barw dojrzy Laurent - nigdy nie będzie w stanie mu ich pokazać zwrotnie. Zawsze będzie to samo - tylko czerń i biel. Prawie jak kręcące się jak złośliwa mucha pod czaszką Flynna "być" albo "nie być".
Ugryzł się w język, żeby mu dalej nie odpowiedzieć. Tak, mam i co z tego! - mógł jeszcze unieść do tego podbródek. Ale nie chciał się wcale z nim kłócić, bo nie chciał wylewać na niego całego wiadra tego syfu. Jak zawsze. I jak zawsze nie wiedział i nie potrafił sobie poradzić z tym, jak dać mu ujście. To dusiło. Zdzierał sobie skórę paznokciami we własnych myślach, ale koniec końców chodziło o to, żeby oddychać, żeby pozostać spokojnym i żeby niekoniecznie inni musieli znosić te humory, nad którymi samemu się nie panowało.
Drgnął zaskoczony i spojrzał na te dłonie z lekkim przestrachem. Wspomnienie pytania, które mu zadał, powróciło. Więc... a czy LUBISZ ból? Tamto pytanie pozostało bez odpowiedzi, a teraz znowu ciężarem zawisło na moment w powietrzu. Drobny moment, bo zaraz Laurent pacnął dłoń Flynna ostrzegawczo i wziął tę jego rękę, żeby zobaczyć, czy sobie trochę tylko zdarł skórę. Wariat. Oczyścił skórę zaklęciem.
- Czy ty mnie celowo wykorzystujesz do swoich masochistycznych zapędów, żeby się nade mną znęcać? - Bo był tym skonfundowany. W jego głosie zabrzmiała lekka irytacja. Westchnął. - Ludzie mają różny próg bólu. - Wyjaśnił spokojniej. - Nie wiem, czy zgiął cię stres, czy się zatrułeś, czy stało się cokolwiek innego, dlatego zadaję pytania. Tak się zachowują ludzie. Martwię się o ciebie. Dlatego pytam. - Po prostu... brakowało mu pozytywnych emocji, żeby to okazać.