30.06.2024, 10:37 ✶
– Obco – dodała od siebie Brenna. Victoria miała rację, było tu hałaśliwie, ale chyba Brennę najbardziej męczyła ta obcość i niedopasowanie, uderzające tym bardziej, że były tutaj krótko. Pokątna w godzinach szczytu była gwarna, ale to był znajomy gwar, którego już praktycznie nie odnotowywała, gdy poruszała się ulicą, a tutaj wszystko uderzało… mocniej.
– Zna jakieś tam ogólne założenia, dostała listę… ehem… objawów… ale nie pisałam jej, czego dokładnie się dowiedzieliśmy, żeby jej czegoś nie zasugerować – dorzuciła jeszcze. Mogły w końcu usłyszeć rzeczy zupełnie inne od tych, o których mówiono dotychczas, a może wręcz przeciwnie: te same. Istotna była jednak niezależna opinia, a Brennę szczególnie ciekawiło, co powie ktoś, dla którego Beltane i Samhain były zapewne tylko słowami.
Nie bojąc się już rozdzielenia puściła dłoń Lestrange i weszła do środka za Victorią, ostrożnie schodząc po schodach, pogrążonych w półmroku. Nawet wejście w cień nie przynosiło dużej ulgi w tym skwarze, do którego nie nawykło ciało, przyzwyczajone do angielskiej pogody, ale kiedy zeszły na dół, za kotarą, broniącą przejścia dalej – być może zaklętą, nie stawiła jednak żadnego oporu przy usuwaniu – zrobiło się nieco chłodniej. Brenna podejrzewała, że był to skutek jakiegoś zaklęcia, nie mogła mieć jednak pewności. Nie wiedziała nawet, na ile afrykańska magia przypomina tę angielską – słyszała jedynie, że tutaj duży nacisk stawia się na animagię oraz magię bezróżdżkową.
Ciemnoskóry służący wyszedł im naprzeciw, ukłonił się lekko w milczeniu, a potem gestem pokazał, by ruszyły za nim. W niewielkim pomieszczeniu, gdzie znajdowało się zaledwie parę sprzętów (chyba z bambusa i hebanu głównie, ale Brenna nie znała się na rzemiośle na tyle, aby móc to ocenić) czekała ciemnoskóra czarodziejka: głowę miała ogoloną, i była odziana w jasne, zwiewne szaty, a jej szyję oraz przeguby zdobiły liczne ozdoby. Wstała na ich widok i zwróciła spojrzenie ku Victorii.
Przypadek Zimnych prawdopodobnie był intrygujący i dla niej, skoro zgodziła się na spotkanie.
– Panno Lestrange. Panno Longbottom. Witajcie w moim domu – przywitała je śpiewnym głosem, o mocnym akcencie, trudnym do rozpoznania. Wyciągnęła dłoń ku Victorii, w typowo angielskim powitaniu, może dlatego, że chciała być uprzejma, a może bo znała już jakieś podstawowe założenia chciała sama poczuć chłód skóry Lestrange na ciele.
– Zna jakieś tam ogólne założenia, dostała listę… ehem… objawów… ale nie pisałam jej, czego dokładnie się dowiedzieliśmy, żeby jej czegoś nie zasugerować – dorzuciła jeszcze. Mogły w końcu usłyszeć rzeczy zupełnie inne od tych, o których mówiono dotychczas, a może wręcz przeciwnie: te same. Istotna była jednak niezależna opinia, a Brennę szczególnie ciekawiło, co powie ktoś, dla którego Beltane i Samhain były zapewne tylko słowami.
Nie bojąc się już rozdzielenia puściła dłoń Lestrange i weszła do środka za Victorią, ostrożnie schodząc po schodach, pogrążonych w półmroku. Nawet wejście w cień nie przynosiło dużej ulgi w tym skwarze, do którego nie nawykło ciało, przyzwyczajone do angielskiej pogody, ale kiedy zeszły na dół, za kotarą, broniącą przejścia dalej – być może zaklętą, nie stawiła jednak żadnego oporu przy usuwaniu – zrobiło się nieco chłodniej. Brenna podejrzewała, że był to skutek jakiegoś zaklęcia, nie mogła mieć jednak pewności. Nie wiedziała nawet, na ile afrykańska magia przypomina tę angielską – słyszała jedynie, że tutaj duży nacisk stawia się na animagię oraz magię bezróżdżkową.
Ciemnoskóry służący wyszedł im naprzeciw, ukłonił się lekko w milczeniu, a potem gestem pokazał, by ruszyły za nim. W niewielkim pomieszczeniu, gdzie znajdowało się zaledwie parę sprzętów (chyba z bambusa i hebanu głównie, ale Brenna nie znała się na rzemiośle na tyle, aby móc to ocenić) czekała ciemnoskóra czarodziejka: głowę miała ogoloną, i była odziana w jasne, zwiewne szaty, a jej szyję oraz przeguby zdobiły liczne ozdoby. Wstała na ich widok i zwróciła spojrzenie ku Victorii.
Przypadek Zimnych prawdopodobnie był intrygujący i dla niej, skoro zgodziła się na spotkanie.
– Panno Lestrange. Panno Longbottom. Witajcie w moim domu – przywitała je śpiewnym głosem, o mocnym akcencie, trudnym do rozpoznania. Wyciągnęła dłoń ku Victorii, w typowo angielskim powitaniu, może dlatego, że chciała być uprzejma, a może bo znała już jakieś podstawowe założenia chciała sama poczuć chłód skóry Lestrange na ciele.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.