30.06.2024, 13:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2024, 13:50 przez Lorien Mulciber.)
Przy wejściu wita się z Agnes
Czas miał to do siebie, że lubił prześlizgnąć się między Lorkowymi palcami. Uciekał zbyt szybko, by mogła go pochwycić i zachować dla siebie. Kiedy ostatni raz była na przyjęciu u Delacour? W listopadzie? Grudniu? Jakim cudem tak wiele rzeczy mogło się po drodze wydarzyć? Wbrew temu co mogło się niektórym wydawać - te wieczorki były czymś więcej niż okazją do picia drogich win, tracenia fortun czy po prostu odpoczęcia od ciężkiego życia jakie wiodły czystokrwiste elity i trudów ich codzienności. Za zamkniętymi drzwiami nawiązywano sojusze i przyjaźnie; przy stołach z ruletką szeptano plotki, które mogły zmieniać życia. Niepojawienie się było równie skandaliczne to co przyjście z niewłaściwą osobą.
Ten jeden wieczór mógł się okazać dla pozycji rodziny Mulciber ważniejszy niż wszystkie ostatnie tygodnie.
Dlatego właśnie pojawiła się na progu rezydencji Agnes przy boku swojego… męża? No cóż. Z pewnością w to wierzyli absolutnie wszyscy zebrani, a Lorien nie zamierzała wyprowadzać ich z błędu. Wiązałoby się to z bardzo długimi wyjaśnieniami, które dało się podsumować krótkim “mój mąż jest upartym, aspołecznym dzbanem, więc go podmieniłam na podobny model” co nie brzmiało jak coś co powinno paść z ust czarownicy o jej statusie.
Ubrana w jedną ze swoich najdroższych sukienek, zakupionych specjalnie na tą okazję, prosto od fryzjera po magicznym przedłużeniu włosów, błyszcząc od drogiej, odziedziczonej po matce biżuterii - Lorien prezentowała się o wiele mniej jak zabiegana, zmęczona życiem sędzia Wizengamotu. Nieczęsty widok w jej wydaniu.
Przepuściła w przejściu Camille Delacour, którą co prawda kojarzyła z innych, tego typu przyjęć, ale nigdy nie miały przyjemności zamienić więcej niż paru słów. Zresztą i tak potrzebowała paru sekund na odzyskanie rezonu, gdy dostrzegła w ich powoli powiększającej się grupie znajomą rudą czuprynę przy boku nieznanego sobie młodzieńca.
To był chyba jakiś żart.
Była pewna. Pewna, że Robert nie wiedział o obecności córki na tym przyjęciu. Co więcej była też przekonana, że Agnes nie miała żadnego powodu, żeby dziewczynkę w ogóle zapraszać. To komplikowało całą sprawę.
Ale na razie nie mogła z tym faktem za wiele zrobić, a niestety nie zapowiadało się, żeby zostały same w ciągu kilku najbliższych chwil, co by mogły porozmawiać na spokojnie. Rzuciła tylko pytające spojrzenie towarzyszącemu jej Richardowi. Wiedział, że tu będzie? Że zamiast spędzić wieczór na na zawieraniu nowych, intratnych znajomości i pozornym naprawianiu nadszarpniętej opinii o Mulciberach wśród śmietanki towarzyskiej, będą robić za niańki? Prawdopodobnie nie.
To było przerażające jak często potrafili porozumiewać się bez słów.
Stuk, stuk, stuk.
Sophie mogła usłyszeć charakterystyczny dźwięk obcasów odbijających się o drewnianą, drogą podłogę, ale z pewnością nie zdążyła się obrócić w czas. Zanim nie poczuła czyjejś smukłej dłoni na swoim ramieniu i charakterystycznego zapachu jaśminowych perfum.
- Ach mio Dio, Agnes! Widzę, że miałaś przyjemność poznać już moją pasierbicę.- Zaszczebiotała Lorien, z każdym słowem nieco mocniej wbijając krwistoczerwone pazurki. Uścisk jednak zniknął tak się pojawił, choć Sophie z pewnością mogła odczuć, że jej macocha nie odeszła za daleko. I z pewnością nie była tu sama.
Cofnęła się o krok w tył, idealnie, żeby stanąć przy Richardzie. Nie przed, nie za. Przy jego boku.
- Mój mąż, Robert Mulciber.- Uśmiechnęła się prześlicznie, unosząc przy okazji do góry dłoń z obrączką jakby chciała się pochwalić błyszczącą złotą ozdobą na palcu. Nie miała okazji podzielić się z Agnes “wielkimi wieściami”, a skoro ta nie zasypywała jej listami prawdopodobnie przegapiła krótką wzmiankę w jednym ze styczniowych wydań Proroka Codziennego. Przechyliła lekko głowę, wspierając jej czubek o Rickowe ramię, z miną w stylu ‘no popatrz, jest mój. Taki mój własny, prywatny mąż. Widzisz to? Widzisz?” Poruszyła przy tym lekko ustami, tak aby gospodyni mogła zrozumieć: “Uroczy jest, nie?”