30.06.2024, 14:04 ✶
Mulciber moonshine
Charlie odruchowo złapał za świeczkę którą w ręce wcisnęła mu Sophie. Tak niewinna rzecz: odrobina wosku ukształtowana w dumnie sterczące prącie! Ta, którą złapał, miała nawet mleczno-różowawy kolor z ciemniejszymi wzorami żył i przypudrowanym burgundem szczytem, tak realistyczna, jak tylko Charlie potrafił. Szczyt jego kunszt, z waniliowym zapachem, ze smugami dymu zawijającym się w błyszczące serpentyny!
Nie miał głowy na to, by interesować się miejscem pobytu szerszej rodziny, ale odstawił chuja pod stół stanowiska Sophie. Lepiej, żeby już nikt tego nie widział.
Żaba posunięta przez Brennę sprawiła, że Charliemu znów zachciało się płakać, a ucisk w gardle nadawał słowom charakterystyczny tembr. Tym razem walczył ze wzruszeniem, ale też wstydem. Brenna musiała widzieć, w jakim był stanie. Po raz kolejny!
- Dziękuję! - Zawołał za Brenną. Zabrał żabę, pudełko jednak obracał w dłoniach nim dobierze się do karty. - Znowu ratujesz mi życie!
To było uwłaczające. Charles obiecał sobie podziękować Brennie w lepszy sposób, gdy będzie ku temu okazja. Otarł nos. Dość klejenia się jak mały chłopiec!
Uniósł spojrzenie na Leo, gdy ten zaczął głosić swoje mądrości.
- Dobry interes, co? Ojciec prawie ukręcił mi głowę za taki dobry interes! - Warknął, pochylając się mimo wszystko po anatomicznego fallusa i tym razem dźgając nim brata w środek klatki piersiowej z siłą, która wygięła i zniekształciła świecuszkę! To znaczyło, że Charlie powinien pomyśleć nad mocniejszą mieszanką wosków, gdy będzie robił kolejną partię. Jeśli będzie taką robił. Tak, zdecydowanie jeśli . - Ale masz rację, że są... Dochodowe. Widzisz, Lysso? To jest powód.
Fallus stanął dumnie obok przygotowanych próbek bimbru. Nie było sensu ukrywać tego, co sprzedawali, gdy wieść i tak już się poniosła. Problemem była zbliżająca się ciotka Lorien, ale ona również wydawała się bardziej wyrozumiała od reszty.
- To był żart, tylko dla jednej osoby. - Powtórzył po raz nie wiedzieć który. - Który z jakiegoś powodu chwycił, gdy tamci mężczyźni zaczęli się nimi okładać. Swoją drogą... Wuj powinien być zły na nich, nie na nas. Możesz mieć rację, Lysso, może powinienem sprzedawać je do zamtuzów. To tylko mój projekt, nie rodziny.
Nastrój zaczął Charlesowi wracać.
Charlie odruchowo złapał za świeczkę którą w ręce wcisnęła mu Sophie. Tak niewinna rzecz: odrobina wosku ukształtowana w dumnie sterczące prącie! Ta, którą złapał, miała nawet mleczno-różowawy kolor z ciemniejszymi wzorami żył i przypudrowanym burgundem szczytem, tak realistyczna, jak tylko Charlie potrafił. Szczyt jego kunszt, z waniliowym zapachem, ze smugami dymu zawijającym się w błyszczące serpentyny!
Nie miał głowy na to, by interesować się miejscem pobytu szerszej rodziny, ale odstawił chuja pod stół stanowiska Sophie. Lepiej, żeby już nikt tego nie widział.
Żaba posunięta przez Brennę sprawiła, że Charliemu znów zachciało się płakać, a ucisk w gardle nadawał słowom charakterystyczny tembr. Tym razem walczył ze wzruszeniem, ale też wstydem. Brenna musiała widzieć, w jakim był stanie. Po raz kolejny!
- Dziękuję! - Zawołał za Brenną. Zabrał żabę, pudełko jednak obracał w dłoniach nim dobierze się do karty. - Znowu ratujesz mi życie!
To było uwłaczające. Charles obiecał sobie podziękować Brennie w lepszy sposób, gdy będzie ku temu okazja. Otarł nos. Dość klejenia się jak mały chłopiec!
Uniósł spojrzenie na Leo, gdy ten zaczął głosić swoje mądrości.
- Dobry interes, co? Ojciec prawie ukręcił mi głowę za taki dobry interes! - Warknął, pochylając się mimo wszystko po anatomicznego fallusa i tym razem dźgając nim brata w środek klatki piersiowej z siłą, która wygięła i zniekształciła świecuszkę! To znaczyło, że Charlie powinien pomyśleć nad mocniejszą mieszanką wosków, gdy będzie robił kolejną partię. Jeśli będzie taką robił. Tak, zdecydowanie jeśli . - Ale masz rację, że są... Dochodowe. Widzisz, Lysso? To jest powód.
Fallus stanął dumnie obok przygotowanych próbek bimbru. Nie było sensu ukrywać tego, co sprzedawali, gdy wieść i tak już się poniosła. Problemem była zbliżająca się ciotka Lorien, ale ona również wydawała się bardziej wyrozumiała od reszty.
- To był żart, tylko dla jednej osoby. - Powtórzył po raz nie wiedzieć który. - Który z jakiegoś powodu chwycił, gdy tamci mężczyźni zaczęli się nimi okładać. Swoją drogą... Wuj powinien być zły na nich, nie na nas. Możesz mieć rację, Lysso, może powinienem sprzedawać je do zamtuzów. To tylko mój projekt, nie rodziny.
Nastrój zaczął Charlesowi wracać.