Pojawianie się na spotkaniach towarzyskich, takiego lub innego charakteru, było dla Richarda formalnością, zasadą często występującą u rodzin czystokrwistych. Pokazywał się jedynie wtedy, kiedy dostawał osobiste zaproszenia, lub takie otrzymywał jego brat bliźniak. Lecz z pewnych czasami powodów, nie mógł się pojawiać, Richard go zastępował. I choć nie spodziewał się, że w najbliższym czasie cokolwiek takiego znów będzie miało miejsce, to się nieźle zdziwił. Bowiem tym razem, miał odegrać swoją rolę męża Lorien. A że i tak nie miał nic do roboty, zgodził się żonie brata towarzyszyć.
Jako bliźniacy nie potrzebowali żadnych zaklęć, eliksirów czy umiejętności rodowych, aby zmieniać wygląd. Wystarczyło tylko ubrać czarny golf, spodnie, eleganckie obuwie, a także popielatą marynarkę z szafy brata. Odpowiednio ułożyć włosy, ogolić się gładko i użyć męskich perfum. Pamiętał o drobnym szczególe jak przełożyć swoją obrączkę z jednej ręki na drugą.
Pojawili się w odpowiednim czasie przed rezydencją Agnes Delacour. Krewnej Lorien. Przekraczając próg, pobieżnie Richard rozejrzał się po obecnych gościach. Nie wiele przed nimi, może trochę dalej, dostrzegł znany mu łeb rudowłosej dziewczyny. Brew mu drgnęła, przeniósł spojrzenie na Lorien, czy i ona dostrzegła to co on. Najwyraźniej tak, kiedy w jej spojrzeniu dojrzał pytanie. Dyskretnie pokręcił głową, że nie miał o tym pojęcia. A skoro on nie wiedział, to Robert tym bardziej. Inaczej zostałby o tym fakcie uprzedzony. "Nie dość, że robię za męża Lorien, to jeszcze będzie trzeba za ojca Sophie..." – przeszło mu przez myśl. Czy to znaczy, że będzie musiał mówić do Sophie "Wiewióreczko”?. Musieli to na razie zostawić, gdyż ich kolej nadeszła, aby przywitać się z gospodynią tego wieczoru. Obecnością Sophie i jej tajemniczego znajomego, zajmą się później.
Pozwolił, aby to Lorien pierwsza podeszła i powitała swoją krewną, przy okazji wspominając o swojej pasierbicy. Zrobiła to po to, aby uświadomić ich małą rudą wiewiórkę o swojej obecności? Być może, kiedy został przedstawiony jako mąż Lorien. Mulciber lekko uśmiechnął się w geście uprzejmości.
- Miło mi poznać Pani Delacour.Przywitał się. Brzmiał głosem tak samo jak Robert. Jeżeli kobieta wysunęłaby dłoń, ująłby odpowiednio i ucałował wierzch. Jak na dżentelmena przystało. Po tym zaś się wyprostował i pozwolił, aby Lorien się o jego ramię opierała jak zakochana nastolatka. W przeciwieństwie do niej, nie przechwalał się obrączką. Ale było ją można dostrzec na odpowiednim palcu, odpowiedniej dłoni.