30.06.2024, 16:53 ✶
Brenna nawet nie zastanawiała się, skąd kobieta wie, która z nich jest Zimną – może i tutaj w gazetach znalazła się mała wzmianka o Voldemorcie i Beltane, może opublikowano zdjęcia osób, które trafiły do Limbo, interesującego w końcu z pewnością dla afrykańskich czarodziejów. A może faktycznie coś wyczuła.
Kiwnęła głową i przywitała się z czarodziejką uprzejmie, a potem usunęła nieco na bok, pozwalając, aby trwały badania i w ich czasie udając, że jej nie ma. Być może była tu zbędna, ale rzecz jasna nie zamierzała zostawiać Victorii samej. Nie chodziło tylko o proste, moralne wsparcie, jakiego udzielała kiedyś i Mavelle, a też o czysty pragmatyzm. Były w obcym kraju, nie znały tej kobiety i wiedziały o niej głównie tyle, że miała opinię ekspertki, ukończyła tutejszą szkołę ze świetnymi notami że zainteresował ją przypadek Zimnych na tyle, aby zgodzić się na udzielenie konsultacji. A choć istniała „biała” nekromancja, to istniała i czarna, a Brenna miała pewne obawy, że afrykańska mentalność może być równie obca angielskiej, jak ten kraj, a początki władzy Sadata, inflacja i echa konfliktów politycznych dokładały pewnie swoje.
Po prostu… na wszelki wypadek wolała trzymać rękę na pulsie.
Pozornie siedziała więc spokojnie, w milczeniu, nietypowo dla siebie nieruchoma, w istocie jednak to było przysłowiowe siedzenie jak na szpilkach. Bała się, że mogą usłyszeć coś niepomyślnego. Albo że nie dowiedzą się zupełnie niczego. Sama nie była pewna, która opcja byłaby gorsza. Próbowała jednak trzymać nerwy na wodzy, bo to nie ona była tutaj osobą mającą największe prawa do stresu.
– Hm – mruknęła w końcu egipska czarodziejka, odsuwając się i opadając na bambusowy fotel. – Domyślam się, że nie do mnie pierwszej zaprowadziły was poszukiwania. O co chciałybyście spytać?
Brenna zawahała się, zerknęła na Victorię, i może powinna pozwolić jej zacząć, ale naprawdę ciężko było utrzymać język za zębami.
– Powiedziałabym, że przede wszystkim… czy ten stan w jakiś sposób naraża Victorię i innych na niebezpieczeństwo? Czy ma może pani jakąś ideę, w jaki sposób go odwrócić albo przynajmniej… gdzie szukać metody? – wyrzuciła w końcu z siebie. Pytań było bez wątpienia mnóstwo, ale te dwa interesowały ją najbardziej. Brenna nie była w końcu naukowcem, a osobą, która martwiła się o życie i zdrowie paru bliskich osób. Dla nich może było istotne jak, dlaczego i cała ta otoczka, dla niej w pierwszej kolejności liczyło się: jak doprowadzić ich do normalności albo przynajmniej upewnić się, że pewnego dnia nie umrą, pozbawieni resztki energii.
Kiwnęła głową i przywitała się z czarodziejką uprzejmie, a potem usunęła nieco na bok, pozwalając, aby trwały badania i w ich czasie udając, że jej nie ma. Być może była tu zbędna, ale rzecz jasna nie zamierzała zostawiać Victorii samej. Nie chodziło tylko o proste, moralne wsparcie, jakiego udzielała kiedyś i Mavelle, a też o czysty pragmatyzm. Były w obcym kraju, nie znały tej kobiety i wiedziały o niej głównie tyle, że miała opinię ekspertki, ukończyła tutejszą szkołę ze świetnymi notami że zainteresował ją przypadek Zimnych na tyle, aby zgodzić się na udzielenie konsultacji. A choć istniała „biała” nekromancja, to istniała i czarna, a Brenna miała pewne obawy, że afrykańska mentalność może być równie obca angielskiej, jak ten kraj, a początki władzy Sadata, inflacja i echa konfliktów politycznych dokładały pewnie swoje.
Po prostu… na wszelki wypadek wolała trzymać rękę na pulsie.
Pozornie siedziała więc spokojnie, w milczeniu, nietypowo dla siebie nieruchoma, w istocie jednak to było przysłowiowe siedzenie jak na szpilkach. Bała się, że mogą usłyszeć coś niepomyślnego. Albo że nie dowiedzą się zupełnie niczego. Sama nie była pewna, która opcja byłaby gorsza. Próbowała jednak trzymać nerwy na wodzy, bo to nie ona była tutaj osobą mającą największe prawa do stresu.
– Hm – mruknęła w końcu egipska czarodziejka, odsuwając się i opadając na bambusowy fotel. – Domyślam się, że nie do mnie pierwszej zaprowadziły was poszukiwania. O co chciałybyście spytać?
Brenna zawahała się, zerknęła na Victorię, i może powinna pozwolić jej zacząć, ale naprawdę ciężko było utrzymać język za zębami.
– Powiedziałabym, że przede wszystkim… czy ten stan w jakiś sposób naraża Victorię i innych na niebezpieczeństwo? Czy ma może pani jakąś ideę, w jaki sposób go odwrócić albo przynajmniej… gdzie szukać metody? – wyrzuciła w końcu z siebie. Pytań było bez wątpienia mnóstwo, ale te dwa interesowały ją najbardziej. Brenna nie była w końcu naukowcem, a osobą, która martwiła się o życie i zdrowie paru bliskich osób. Dla nich może było istotne jak, dlaczego i cała ta otoczka, dla niej w pierwszej kolejności liczyło się: jak doprowadzić ich do normalności albo przynajmniej upewnić się, że pewnego dnia nie umrą, pozbawieni resztki energii.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.