30.06.2024, 18:34 ✶
Pytanie brzmi: dlaczego miałbym tego nie zrobić? Ach, mogłem tu wymienić z brutalnymi szczegółami te powody. Sam, kiedy tak zamknąłem oczy i przywołałem wspomnienie najgorszej nocy w swoim życiu, mogłem recytować uczucia, które wtedy nade mną panowały. Uczucia tak bolesne i wstrętne, że nienawidziłem siebie za to, że komuś również... że ja teraz komuś zadawałem podobne. To nie było nic przyjemnego, pełne dyskomfortu i paniki, bo co, jeśli to ostatnie, co czujesz w swoim życiu, bo co, jeśli wypije za dużo, co, jeśli rozerwie mi szyję albo rękę za mocno...? Nienawidziłem siebie za to. Laurent powinien nienawidzić mnie za to jeszcze bardziej, a jednak... jednak był otwarty i miły, i pomocny, i... już wiedziałem, gdzie leżał powód - w tym niegodnym obrazie mojej osoby, może nieco zakrzywionym, bo nie wspomniał o tym, że ta istota była bestią, była potworem żerującym na życiu innych.
Zmieszany odwróciłem spojrzenie w kierunku wody. Nieco dumne, choć ta duma była mocno nadszarpnięta. Można było już mówić o braku dumy, jedynie o jej cieniu, który gdzieś tam wciąż pozostał.
Nie chciałem być tak postrzegany. Nie chciałem być tym złamanym chłopcem, którego w sobie czułem. I żyć w ciemności, być ciemnością, a jednak... Laurent chciał dla mnie dobrze, bo nie widział najgorszego. Tego obrazu prawdziwej bestii, która we mnie drzemała. Kilka razy, podczas polowań, wydarła się ze mnie, tworząc ze mnie prawdziwego potwora, ledwo już mieszczącego się w ludzkim ciele. Bestia o sinej skórze i nienaturalnych pazurach, tworząca wokół siebie gęstą osłonę śmierci i strachu.
Czy ten potwór zasługiwał na uśmiech...? Czy ten chłopiec powinien jeszcze istnieć? Czy powinienem się łudzić, że jeszcze jest dla mnie świetlana przyszłość...? Jakakolwiek przyszłość, która nie byłaby wysysaniem i mordowaniem?
- Sprawiło mi radość. Sprawiło mi dużo radości. I dziękuję ci za to, ale... - zawahałem się, a może to ta nieszczęsna żałość? Nad własnym losem? Bałem się, bałem się bardzo, że jednak samotność była mi pisana, że nie mogłem z tym wygrać. Nawet jeśli będę egzystował, zaakceptuję wampiryzm, to wciąż będę potworem, który przeżyje wszystkich.
Podniosłem spojrzenie na Laurenta. Błagało o ratunek, jednocześnie będąc przekonanym o przegranej. Ratuj mnie, ale razem pójdziemy na dnooo...
- Ale ja już nie jestem człowiekiem. Czasami nawet nie jestem pewien, czy można mnie zaklasyfikować pod istoty... Czasami czuję się jak... jak dzikie zwierzę. Przepraszam za... tamten dzień. Wtedy cię upolowałem, upolowałem cię, chociaż nie chciałem, ale chciałem, chciałem bardzo, aż za bardzo. Po prostu to zrobiłem... Jak zwierzę, jak dzikie zwierzę. Nie mogę sobie ufać. Nikt nie może mi ufać. Być dla mnie dobrym, bo dasz palec, a ja pewnego dnia odgryzę ci rękę. Rozumiesz? - wyznałem na jednym, prawie jednym wydechu. I ta rodzina, ta hipotetyczna rodzina, która by mi służyła, byłaby w naprawdę wielkim niebezpieczeństwie, dzieląc się ze mną krwią. Ja chciałem gryźć, chciałem kąsać. Lubiłem to robić. Ba!, kochałem to robić i mnie to dobijało. Krótki pokaz słońca nie mógł tego zmieniać, chociaż był taki innymi, był czymś innym, co widziałem przez ostatnie pół roku i chciałem to zatrzymać w pamięci jak najdłużej, to beztroskie uczucie. Te dmuchawce...
Aż sięgnąłem po taki pusty pałąk, pustą łodygę po nasionach. Był dmuchawiec i dmuchawca już nie było.
- Zadałem ci tyle bólu, podarowałem tyle nieprzyjemnych doznań... Na twoim miejscu bym to zgłosił, a nie darował mi odrobinę słońca - wyznałem szeptem, wpatrując się w tę łodygę. Nie powinienem go zachęcać do takich scenariuszy, ale nie potrafiłem pojąć tej jego bezinteresowności. Nie rozumiałem, czemu tu był, czemu mnie nie szykanował. Miał ku temu tak wiele powodów.
Zmieszany odwróciłem spojrzenie w kierunku wody. Nieco dumne, choć ta duma była mocno nadszarpnięta. Można było już mówić o braku dumy, jedynie o jej cieniu, który gdzieś tam wciąż pozostał.
Nie chciałem być tak postrzegany. Nie chciałem być tym złamanym chłopcem, którego w sobie czułem. I żyć w ciemności, być ciemnością, a jednak... Laurent chciał dla mnie dobrze, bo nie widział najgorszego. Tego obrazu prawdziwej bestii, która we mnie drzemała. Kilka razy, podczas polowań, wydarła się ze mnie, tworząc ze mnie prawdziwego potwora, ledwo już mieszczącego się w ludzkim ciele. Bestia o sinej skórze i nienaturalnych pazurach, tworząca wokół siebie gęstą osłonę śmierci i strachu.
Czy ten potwór zasługiwał na uśmiech...? Czy ten chłopiec powinien jeszcze istnieć? Czy powinienem się łudzić, że jeszcze jest dla mnie świetlana przyszłość...? Jakakolwiek przyszłość, która nie byłaby wysysaniem i mordowaniem?
- Sprawiło mi radość. Sprawiło mi dużo radości. I dziękuję ci za to, ale... - zawahałem się, a może to ta nieszczęsna żałość? Nad własnym losem? Bałem się, bałem się bardzo, że jednak samotność była mi pisana, że nie mogłem z tym wygrać. Nawet jeśli będę egzystował, zaakceptuję wampiryzm, to wciąż będę potworem, który przeżyje wszystkich.
Podniosłem spojrzenie na Laurenta. Błagało o ratunek, jednocześnie będąc przekonanym o przegranej. Ratuj mnie, ale razem pójdziemy na dnooo...
- Ale ja już nie jestem człowiekiem. Czasami nawet nie jestem pewien, czy można mnie zaklasyfikować pod istoty... Czasami czuję się jak... jak dzikie zwierzę. Przepraszam za... tamten dzień. Wtedy cię upolowałem, upolowałem cię, chociaż nie chciałem, ale chciałem, chciałem bardzo, aż za bardzo. Po prostu to zrobiłem... Jak zwierzę, jak dzikie zwierzę. Nie mogę sobie ufać. Nikt nie może mi ufać. Być dla mnie dobrym, bo dasz palec, a ja pewnego dnia odgryzę ci rękę. Rozumiesz? - wyznałem na jednym, prawie jednym wydechu. I ta rodzina, ta hipotetyczna rodzina, która by mi służyła, byłaby w naprawdę wielkim niebezpieczeństwie, dzieląc się ze mną krwią. Ja chciałem gryźć, chciałem kąsać. Lubiłem to robić. Ba!, kochałem to robić i mnie to dobijało. Krótki pokaz słońca nie mógł tego zmieniać, chociaż był taki innymi, był czymś innym, co widziałem przez ostatnie pół roku i chciałem to zatrzymać w pamięci jak najdłużej, to beztroskie uczucie. Te dmuchawce...
Aż sięgnąłem po taki pusty pałąk, pustą łodygę po nasionach. Był dmuchawiec i dmuchawca już nie było.
- Zadałem ci tyle bólu, podarowałem tyle nieprzyjemnych doznań... Na twoim miejscu bym to zgłosił, a nie darował mi odrobinę słońca - wyznałem szeptem, wpatrując się w tę łodygę. Nie powinienem go zachęcać do takich scenariuszy, ale nie potrafiłem pojąć tej jego bezinteresowności. Nie rozumiałem, czemu tu był, czemu mnie nie szykanował. Miał ku temu tak wiele powodów.