30.06.2024, 18:36 ✶
Czas mile spędzony, nici znajomości dobrze zadzierzgnięte. Przez kontakt z profesorem kochającym smoki z taką samą intensywnością jak Anthony, ten drugi wiedział, że będzie w Norwegii możliwie częstym gościem, a ktoś na stanowisku aurora, ktoś kto był skory do współpracy, do współzależności... To była okazja, którą trzeba było wykorzystać.
Anthony był w głębi duszy romantykiem, ale lata pracy nad sobą w szkole i ministerstwie, kilogramy lektur ukazujących koła historii nauczyły go pragmatyzmu. Nie zamierzał przy tym wykorzystywać, nadużywać możliwości Mulcibera, wierzył wszak w podwójną wygraną, w to, że obaj mogą sobie pomóc, nawet jeżeli na razie Anthony nie widział za bardzo w czym on mógłby przysłużyć się Richardowi.
Tak czy inaczej było to dobre spotkanie, które już dogasło. Było to dobre spotkanie, więc czas się rozstać, zwłaszcza że dziś jeszcze chciał się napić herbaty, by zmyć z ust smak piwa za którym zwyczajnie nie przepadał.
– No to na mnie już...– oj nie, jednak nie pora, auror dostrzegł swoją małżonkę i dwie pociechy. Synów, zapewne ojciec był dumny, jego twarz wskazywała na to, że chłopcy dobrze się rozwijają. Poniekąd Anthony odetchnął z ulgą widząc jego uśmiech, a nie grymas niezadowolenia, jakby dzieci były przeszkodą, lub – może gorsze – tylko sposobem na przedłużenie nazwiska. Sam lubił dzieci ale dopiero tak od siódmego roku życia, i to zasadniczo wolał jednostki, które miały już coś w głowie, co nie było wcale takie często. Szybko rozjaśnił twarz uśmiechem, nawet jeśli nie miał za bardzo ochoty na to spotkanie, kilka minut dłużej na nieprzystępnej Norweskiej ziemi nie było przecież aż takim problemem. Zwłaszcza że problem z którym przyjechał był już rozwiązany, a mężczyzna który mu w tym pomógł stał obok.
– Czyżby to była Twoja rodzina? – zagadnął po norwesku. – Chłopcom służy. Wdali się w ojca. – Choć sam nie był wojownikiem, cenił wytrzymałość i fizyczną siłę, doceniając to, czego los mu poskąpił. Gdy tylko Rebecca pojawiła się w ich zasięgu, poczekał aż zostanie przedstawiony, by się z nią przywitać.
Anthony był w głębi duszy romantykiem, ale lata pracy nad sobą w szkole i ministerstwie, kilogramy lektur ukazujących koła historii nauczyły go pragmatyzmu. Nie zamierzał przy tym wykorzystywać, nadużywać możliwości Mulcibera, wierzył wszak w podwójną wygraną, w to, że obaj mogą sobie pomóc, nawet jeżeli na razie Anthony nie widział za bardzo w czym on mógłby przysłużyć się Richardowi.
Tak czy inaczej było to dobre spotkanie, które już dogasło. Było to dobre spotkanie, więc czas się rozstać, zwłaszcza że dziś jeszcze chciał się napić herbaty, by zmyć z ust smak piwa za którym zwyczajnie nie przepadał.
– No to na mnie już...– oj nie, jednak nie pora, auror dostrzegł swoją małżonkę i dwie pociechy. Synów, zapewne ojciec był dumny, jego twarz wskazywała na to, że chłopcy dobrze się rozwijają. Poniekąd Anthony odetchnął z ulgą widząc jego uśmiech, a nie grymas niezadowolenia, jakby dzieci były przeszkodą, lub – może gorsze – tylko sposobem na przedłużenie nazwiska. Sam lubił dzieci ale dopiero tak od siódmego roku życia, i to zasadniczo wolał jednostki, które miały już coś w głowie, co nie było wcale takie często. Szybko rozjaśnił twarz uśmiechem, nawet jeśli nie miał za bardzo ochoty na to spotkanie, kilka minut dłużej na nieprzystępnej Norweskiej ziemi nie było przecież aż takim problemem. Zwłaszcza że problem z którym przyjechał był już rozwiązany, a mężczyzna który mu w tym pomógł stał obok.
– Czyżby to była Twoja rodzina? – zagadnął po norwesku. – Chłopcom służy. Wdali się w ojca. – Choć sam nie był wojownikiem, cenił wytrzymałość i fizyczną siłę, doceniając to, czego los mu poskąpił. Gdy tylko Rebecca pojawiła się w ich zasięgu, poczekał aż zostanie przedstawiony, by się z nią przywitać.