30.06.2024, 18:51 ✶
Jego zmęczony umysł pracy pragnął w tej chwili tylko jednego, odpoczynku. Wizja wsunięcia się pod kołdrę i zaśnięcia na przynajmniej kilka godzin kusiła bardziej niż najlepsze wypieki pani Lupin, ale ostatecznie z tego zrezygnował. Tylko dlatego, że ktoś potrzebował pomocy. Tym razem była to Brenna, którą naprawdę lubił, ale tak samo postąpiłby najpewniej dla każdego. W końcu świat nie dzielił się na gorszych i lepszy, gdy chodziło o udzielanie pomocy. Dla Cedrica wszyscy byli równi w prawach i potrzebach.
— Zanotuję to sobie jako miernik Twojego samopoczucia. Czy jakieś inne ciasta plasują się ponad szarlotką? — odparł lekko, mimowolnie się przy tym uśmiechając. W dobrym towarzystwie nawet zmęczenie nie dawało się tak we znaki, a senność odchodziła na dalszy plan. W końcu będzie miał jeszcze setki okazji ku temu, żeby się wyspać, a tej rozmowy nie będzie mógł już powtórzyć. — Owszem, sprawdziłem wpisy medyczne na Twój temat. Muszę przyznać, że miałem wyjątkowo dużo stron do przeczytania. Nie próżnujesz, gdy chodzi o łapanie się w niebezpieczne sytuacje — rzucił grzecznie, posyłając jej przy tym nieco uważniejsze spojrzenie. Energiczna, zdrowa, zawsze gotowa do pomocy. Większość ludzi pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo ryzykowna była praca bygadzistów. — Chciałbym ci uwierzyć na słowo, ale fakty są przeciwko Tobie. Zresztą, nie chcę ci niczego zakazywać. Po prostu... uważaj na siebie, okey? — dokończył, patrząc na nią z zatroskaniem wymalowanym na twarzy.
Wiedział, że pani Lupin nie byłaby zadowolona z faktu, że nie dał się jej przywitać z gościem, ale skoro Brenna chciała porozmawiać o czymś prywatnie, ciągnięcie jej do rodzinnego stołu mijało się z celem. Poza tym, jeśli miała trochę więcej czasu, zawsze mogli się tam przejść, gdy już przedyskutują... cokolwiek mieli przedyskutować.
Poczuł na sobie to oceniające spojrzenie, w duchu ciesząc się z faktu, że postanowił się przebrać. Włosy co prawda wciąż miał mokre, ale w tej chwili było to jego najmniejszym zmartwieniem. Rozmowa niemal natychmiastowo przeszła na tory, których najbardziej się obawiał. W sumie to nie powinno go to dziwić. Jeśli w Mungu ludzie ciągle rozmawiali o tym szaleńcu, aurorzy i brygada mieli pewnie jeszcze gorzej. — Och, jest tak źle? Oficjalne komunikaty brzmiały nieco pozytywniej. Ministerstwo miało panować nad sytuacją — rzucił nieco ciszej, nerwowo miętosząc w dłoniach brzeg koszuli. Jego głowa powoli zaczynała się fiksować na wizji tego, jak niebezpieczny robił się Londyn, ale nagłe wspomnienie dyrektora Hogwartu momentalnie wyrwało go z tego stanu. — Dumbledore? Nigdzie o tym nie słyszałem, ale może przeoczyłem jakiś artykuł? — zaczął, faktycznie zdziwiony tymi nowościami. — ...och. Zaraz. Dlatego chciałaś porozmawiać o tym prywatnie. To tajemnica — ta nagła realizacja pomogła mu lepiej zrozumieć temat, ale wciąż miał tak z milion pytań. — Co mogę zrobić? — rzucił tylko, patrząc na Brennę zatroskanym spojrzeniem, w którym nagle pojawiła się nutka zacięcia.
— Zanotuję to sobie jako miernik Twojego samopoczucia. Czy jakieś inne ciasta plasują się ponad szarlotką? — odparł lekko, mimowolnie się przy tym uśmiechając. W dobrym towarzystwie nawet zmęczenie nie dawało się tak we znaki, a senność odchodziła na dalszy plan. W końcu będzie miał jeszcze setki okazji ku temu, żeby się wyspać, a tej rozmowy nie będzie mógł już powtórzyć. — Owszem, sprawdziłem wpisy medyczne na Twój temat. Muszę przyznać, że miałem wyjątkowo dużo stron do przeczytania. Nie próżnujesz, gdy chodzi o łapanie się w niebezpieczne sytuacje — rzucił grzecznie, posyłając jej przy tym nieco uważniejsze spojrzenie. Energiczna, zdrowa, zawsze gotowa do pomocy. Większość ludzi pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo ryzykowna była praca bygadzistów. — Chciałbym ci uwierzyć na słowo, ale fakty są przeciwko Tobie. Zresztą, nie chcę ci niczego zakazywać. Po prostu... uważaj na siebie, okey? — dokończył, patrząc na nią z zatroskaniem wymalowanym na twarzy.
Wiedział, że pani Lupin nie byłaby zadowolona z faktu, że nie dał się jej przywitać z gościem, ale skoro Brenna chciała porozmawiać o czymś prywatnie, ciągnięcie jej do rodzinnego stołu mijało się z celem. Poza tym, jeśli miała trochę więcej czasu, zawsze mogli się tam przejść, gdy już przedyskutują... cokolwiek mieli przedyskutować.
Poczuł na sobie to oceniające spojrzenie, w duchu ciesząc się z faktu, że postanowił się przebrać. Włosy co prawda wciąż miał mokre, ale w tej chwili było to jego najmniejszym zmartwieniem. Rozmowa niemal natychmiastowo przeszła na tory, których najbardziej się obawiał. W sumie to nie powinno go to dziwić. Jeśli w Mungu ludzie ciągle rozmawiali o tym szaleńcu, aurorzy i brygada mieli pewnie jeszcze gorzej. — Och, jest tak źle? Oficjalne komunikaty brzmiały nieco pozytywniej. Ministerstwo miało panować nad sytuacją — rzucił nieco ciszej, nerwowo miętosząc w dłoniach brzeg koszuli. Jego głowa powoli zaczynała się fiksować na wizji tego, jak niebezpieczny robił się Londyn, ale nagłe wspomnienie dyrektora Hogwartu momentalnie wyrwało go z tego stanu. — Dumbledore? Nigdzie o tym nie słyszałem, ale może przeoczyłem jakiś artykuł? — zaczął, faktycznie zdziwiony tymi nowościami. — ...och. Zaraz. Dlatego chciałaś porozmawiać o tym prywatnie. To tajemnica — ta nagła realizacja pomogła mu lepiej zrozumieć temat, ale wciąż miał tak z milion pytań. — Co mogę zrobić? — rzucił tylko, patrząc na Brennę zatroskanym spojrzeniem, w którym nagle pojawiła się nutka zacięcia.