Udało jej się jakoś ogarnąć wszystkie dzieciaki. Była zadowolona, że wszystko poszło po jej myśli. Naprawdę ją to cieszyło, bo zazwyczaj jednak nie szło jej tak łatwo. W kuchni mogła zrobić wszystko, jednak to nie była jej kuchnia, nie było tutaj jej pracowników, ale jakoś sobie poradziła z ogarnięciem tego swojego małego piekiełka. Podbudowało to pewność siebie panny Figg.
- Myślę, że to nie my jesteśmy celem tej krwiożerczej rośliny. - Gdyby tak było, to już dawno te macki by ich dosięgły. Wydawały się być jednak zainteresowane zupełnie czym innym. Nie, żeby było to pocieszające, bo wiązało się to z tym, że kto inny był zagrożony.
Norka nie była jednak bohaterką, znaczy tak, zainteresowała się dziećmi, bo one były bezbronne i nie były w stanie sobie same poradzić z niebezpieczeństwem, wierzyła jednak, że w sadzie znajdują się doświadczeni magowie, na pewno dużo bardziej od niej. Ona umiała co najwyżej zrobić całkiem smaczne ciastka, które potrafiły działać cuda, czy uwarzyć nie najgorsze eliksiry. Jej wiedza na temat magicznych roślin nie była w stanie im pomóc, bo okazało się, że walczą z czymś, o czym nie pisali w książkach.
Już miała wejść na trampolinę, gdy przemieniła się ona znowu w kamień. Oczywiście, że w idealnym momencie, jak zawsze. Westchnęła jedynie ciężko, nieco rozczarowana takim obrotem sytuacji.
Nie miała pojęcia, gdzie jest jej ciocia. Miała nadzieję, że Mirabelli nic się nie stało, nie była jednak na tyle odważna, żeby jej teraz szukać w sercu tych wydarzeń. Wygrał rozsądek, bo przecież nie mogła ryzykować, że coś się jej stanie. Była samotną matką, co stałoby się z Mabel, gdyby coś jej się stało? Wolała tego nie sprawdzać. Ruszyła więc w stronę wyjścia, aby bezpiecznie się stąd ewakuować.