30.06.2024, 22:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2024, 13:51 przez Lorien Mulciber.)
Przy wejściu wita się z Agnes -> kupienie żetonów
Zaśmiała się. Serdecznie. Ciepło. Zupełnie jak nie ona.
- Jest dla mnie jak rodzona córka. Co prawda odchowana i o wiele bardziej urocza niż ja byłam w jej wieku, ale jak własna.- Docisnęła dłoń do serca, starając się nie wzruszyć zbyt mocno, gdy opowiadała o Sophie.
Richard mógł tego nie rozumieć, ale Lorien musiała grać tą głupią, zakochaną dziewczynkę. Zwłaszcza przy Agnes. Tu nie była tym małym, krwiożerczym trybikiem ministerialnej maszyny. Była za to jedyną córeczką Adeline Prewett, a to wiązało się z szeregiem całkiem innych obowiązków. Richard miał okazję poznać ją od strony, od której prawdopodobnie nawet nie znał jej Robert.
W porządku. Może i Lorien nie miała zbyt dobrego portfolio jeśli chodzi o swoich byłych partnerów, ale przecież tym razem się postarała! Ri… Robert nie wyglądał jakby go wynalazła w jakimś zatęchłym pubie na Nokturnie, co było wyjątkowym progresem. W dodatku nawet nie był obity. Wręcz przeciwnie, wyglądał wyjątkowo porządnie. Choć kosztem biednej Selar, której Lorien zostawiła całe porządki po opróżnieniu szafy męża.
- Och, Agnes to był poryw serca!- Westchnęła niemal rozmarzona na samo wspomnienie swojego przepięknego ślubu. Zupełnie jakby był czymś więcej niż głupią formalnością, podpisaniem paru papierków w innej części Ministerstwa Magii.Od razu poczuła natomiast potrzebę wytłumaczenia się przed Delacour skąd brak zaproszenia na wielkie wyimaginowane wesele. - Nawet nie robiliśmy przyjęcia wyobraź sobie. To całe planowanie, ustalenia, tort… Nie chcieliśmy tracić tego czasu, który nam został…- Zmiana tonu. Na jeden z tych smutniejszych, melancholijnych. Przypominającej Agnes Delacour, że pani Mulciber życia za wiele już nie zostało i chciała je najwyraźniej spędzić wśród przyjaciół i tej jedynej prawdziwej miłości. Grała swoją ulubioną kartą-pułapką chorej i biednej panienki obciążanej okrutnie niesprawiedliwą klątwą.- Ale opowiem ci później, słowo!- Łgała jak z nut, ale na szczęście Richard był jedyną osobą, która mogłaby zaprzeczyć. A zaprzeczyć przecież nie mógł.
“Matthias”, “ciocia”.
Obraz całej sytuacji zaczął się nieco klarować, a Lorien odetchnęła z ulgą. W porządku, więc po prostu jakiś chłopiec (o którego istnieniu nie miała pojęcia, ale to była w stanie zrozumieć) spokrewniony z Agnes (prawdopodobnie całkiem blisko, skoro otrzymał zaproszenie) zaprosił ich Sophie na przyjęcie. Jak miło.
Skinęłą głową, gdy się kulturalnie przywitał, po czym obrzuciła tego całego Matthiasa uważnym spojrzeniem. Takim od stóp po czubek głowy. Lorien nie była (a przynajmniej starała się nie być) tą mityczną, złą macochą, ale pewne cechy sprawiały, że kiepsko wypadała w rankingu “prawie-że-matki roku”. Żądała od Sophie tego co najlepsze - perfekcji w każdym calu. Więc i chłopcy, z którymi się prowadzała powinni spełniać bardzo wygórowane wymagania.
Pieprzona hipokrytka.
- Przepraszam was na moment.- Uśmiechnęła się jeszcze uznając, że to odpowiedni moment, żeby pozostawić Richarda na pożarcie, a samej udać się do stolika kupić żetony. Zresztą jak postanowiła, tak też zrobiła.
Skinęła z uznaniem głową, gdy panna przed nią lekką ręką wydawała pół tysiąca galeonów. Dobrze. Tak trzeba było żyć. Przez moment mały chochlik w głowie radził, żeby zrobić to samo. Genialna myśl i nie było nikogo, kto by pani Mulciber wyperswadował ten pomysł. Noszenie ich też nie było problemem, od czego była pozornie maleńka kopertówka którą miała przy sobie?
- Idealny wieczór na przyjęcie, prawda?- Rzuciła w eter w stronę Geraldine, gdy tak sobie czekała na swoje tokeny. Jeśli Shafiq wciąż był jeszcze przy stoliku też mógł się poczuć adresatem jej słów. W końcu wszyscy stali przy tym nieszczęsnym stoliku.
go big or go home - 500 galeonów na 100 tokenów